Tuesday, March 22, 2011

Brutalny Hołdys

Data publikacji posta jest datą publikacji na stronie internetowej Res Publiki Nowej - http://publica.pl/teksty/brutalny-holdys/


Zbigniew Hołdys się rozsierdził. Wyraził to niedawno we „Wprost” krótkim artykułem Rewolucja Kulturalna, który z kolei rozsierdził mnie. Z jednej strony cieszę się, że kwestię poziomu języka obowiązującego w dyskursie publicznym poruszają nie tylko politycy, z drugiej muszę stanowczo zaprotestować przeciwko nadużyciom, na które pozwolił sobie autor. Twierdzę, że Hołdys – niesłusznie wrzucając problemy z różnych płaszczyzn do jednego gara i zapalczywie je mieszając – dopuścił się dokładnie tego, o co oskarża w zasadzie wszystkich: od polityków przez krytyków i dziennikarzy do użytkowników internetu. Sądzę nawet, że dopuścił się czegoś jeszcze gorszego, bo o ile według Hołdysa wymienieni „mieszają z błotem” konkretne osoby, Hołdys „miesza z błotem” w zasadzie całe społeczeństwo, w dodatku posądzając je o jak najgorsze i najobrzydliwsze z możliwych pobudki: explicite niską zawiść i olbrzymie kompleksy, a implicite – tępotę.
Szczerze współczuję ludziom, którzy doznali poważnych szkód w związku ze zmieniającym się statusem osoby publicznej – bo też, jak sądzę, to ta zmiana jest w gruncie rzeczy problemem. Upatruję jednak tu po prostu metamorfozy, a nie, jak chciałby Hołdys, totalnego upadku i krańcowej degeneracji.
Czytając Rewolucję Kulturalną można odnieść wrażenie, jakbyśmy oddalili się od tych dawnych, dobrych czasów, kiedy to pod przywództwem światłych elit ludzie byli rozumni a języki gładkie i miłe. Dziś mamy rozpasanie; współcześni Alarykowie poniszczyli elity i autorytety, a każdy z nas tylko czeka na okazję, żeby osoby publiczne tarzać w smole i pierzu, cytuję: „obsmarowywać je od góry do dołu” naszym barbarzyńskim gównem, tak jak obsmarowany jest Bardzo Znany (Zbigniewowi Hołdysowi) Człowiek – a wszystko to dlatego, że sami siebie nie znosimy i jesteśmy zawistni w obliczu ludzi zwyczajnie lepszych.
Jest w Rewolucji kilka słusznych uwag, jak na przykład wykazanie zanikania autocenzury także w zinstytucjonalizowanych częściach sfery publicznej takich jak media i polityka, czy trudności w przystosowaniu się osób publicznych do nowych realiów. Nie są jednak te uwagi niczym nowym, a w kontekście całości i tak tracą na znaczeniu. Najciekawsze jest w tym tekście to, że Hołdys robi dokładnie to, co sam atakuje. Pisząc o brutalizacji języka publicznego, sam się brutalizuje; bez najmniejszego wahania uogólnia, szafuje epitetami dokładnie tak jak wszyscy ci, których zwykliśmy nazywać internetowymi napinaczami. „Niszczenie ludzi stało się normą społeczną” – oto brutalny język; jeżeli przyjąć już założenie Hołdysa i zgodzić się, że niszczymy ludzi, to musimy jednocześnie zauważyć, że Hołdys zawstydził nas wszystkich i dopuścił się ludobójstwa.
Autorowi bardzo doskwiera internet. Google, pudelek.pl, wreszcie bezimienny rodzimy Wielki Serwis, który autor porównuje z witryną „New York Times”, wykazując w ten sposób wyższość Zachodu. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby autor miał na myśli wielkie portale typu Wirtualna Polska bądź Onet, bo znam wiele serwisów czasopism (choćby i witrynę czasopisma „Wprost”, na łamach którego ukazał się tekst Hołdysa), gdzie ploteczek o krzywych nogach i alkoholowych libacjach nie znajdziemy. Serwisy plotkarskie z kolei są internetową wersją tabloidów, które – na wyżej cenionym przez autora zachodzie – mają swoją historię. Instytucja paparazzo istnieje tam przecież już od ładnych kilku dekad, a „The Sun”, jeden z najbardziej znanych tabloidów świata, rozpoczął swoją działalność już w 1969 roku.
Czy sam tekst Hołdysa nie wpasowuje się idealnie w specyfikę internetu, w którym drugą stroną medalu skrajnej wolności słowa są tendencje przez niego opisywane? Autor spłyca rzeczywistość, pisze bardzo emocjonalnie i jest swoim skrajnym subiektywizmem usatysfakcjonowany; korzysta z terminologii zaczerpniętej z nauk społecznych, ale nie podejmuje się próby umieszczenia opisywanych zjawisk w kontekście, do których ta terminologia niejako zobowiązuje. Wiele osób robi dokładnie to samo na forach internetowych czy w komentarzach na pudelek.pl; różnica polega na tym, że na forum jest to anonimowy człowiek, którego słowa posiadają marginalny wpływ – we „Wprost” mamy do czynienia z człowiekiem powszechnie znanym, publikującym swoje słabo przemyślane, apokaliptyczne wizje gnicia ludzkości na łamach szanowanego czasopisma.
Brak przemyślenia sprawy łatwo jest wykazać. Pobieżna znajomość historii ukaże, że bycie osobą publiczną zawsze było dużym brzemieniem. Wykład Platona prosty lud obśmiał, a Arystofanes ku uciesze gawiedzi jadowicie szydził z Sokratesa; filozofowie z kolei niestrudzenie usiłowali na różne sposoby wykazać niższość poetów czy ludzi teatru. W Rzymie niepoliczalna ilość osób publicznych została zniszczona, czy to przez złośliwe plotki krążące wśród ludu, czy przez polityczne machinacje swoich rywali – można bezpiecznie założyć, że większość z nich sobie na to nie zasłużyła. Wyliczanka historyczna mogłaby trwać długo, dość stwierdzić, że zawsze istniały zarówno złe języki, jak i niewyparzone gęby.
Być może problem Hołdysa z głosem ludu polega na tym, że za PRLu lud głosu zwyczajnie nie miał; osoba publiczna nie musiała się z nim mierzyć. Media były koncesjonowane i cenzurowane, nie istniała agora, za jaką dziś służy w pewnym sensie internet. Komunikaty były bardzo jednostronne – elity mogły coś przekazywać ludowi, ale nigdy nie było komunikatu zwrotnego. Dziś, gdy każdy ma prawo głosu i dostęp do jego cyfrowego wzmocnienia, bycie osobą publiczną stawia takie wymagania, jakie można było zauważyć w antyku – by publicznie zaistnieć, trzeba albo umieć zawładnąć tłumem, albo umieć (i mieć możliwość) go ignorować.
Hołdys skupia się też na autorytetach. Znowu mamy tu tęsknotę do dawnych, dobrych czasów połączoną z romantycznym marzeniem o kimś, kto „pociągnąłby za sobą naród”. Autor nie zastanawia się zupełnie nad tym, że mamy dziś zwyczajnie największy w historii pluralizm poglądów spowodowany największą w historii ilości platform ich przekazywania i największą w historii ich dostępnością. Zanika elitarność różnych dziedzin ludzkiej działalności. Możemy do tego podejść po Gassetowsku i stwierdzić, że ilość zabija jakość; optymista z kolei powie, że coraz głębiej sięga demokratyzacja w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa.
Niezależnie od oceny zjawiska swoisty upadek dotychczasowych autorytetów nie jest jednak wynikiem jakiegokolwiek niszczenia, tylko efektem przemian społecznych, procesów bardzo długofalowych. Jeżeli rzeczywiście Bronisław Wildstein miałby jakąkolwiek moc sprawczą w tej kwestii, to czułbym się zmuszony mu powinszować wybitności; tak wielkie zmiany za sprawą jednej wypowiedzi (czy jednej postaci) byłyby niewątpliwie czymś bezprecedensowym. Autorytety minionych lat muszą się dziś po prostu mierzyć z tym, że wszyscy mamy dostęp do znacznie większej ilości materiałów porównawczych. Nie czyni to, oczywiście, takiego Miłosza gorszym poetą – ale w obliczu setek poetów światowej klasy, do których twórczości dziś możemy uzyskać natychmiastowy dostęp, na pewno traci na wyjątkowości.
Bardzo długo mógłbym dostarczać argumentów obalających ściśle subiektywne tezy Hołdysa, ale wolę zakończyć zaproponowaniem własnej. Być może współczesna zrelatywizowana, wielobiegunowa i hiperreaktywna specyfika sfery publicznej ukształtowała Hołdysa bardziej niż się do tego przyznaje. Decydując się na napisanie Rewolucji Kulturalnej, dostarczył na to aż nadto dowodów – szkoda mi tylko, że podejmując temat rzeczywiście ciekawy, nie narzucił sobie dyscypliny, która pozwoliłaby mu na tę rzeczywistość spojrzeć z perspektywy bardziej interesującej niż jego prywatna emocjonalność.

Monday, March 14, 2011

Każdy może mieć kabriolet


Zjawisko czy fenomen?

Niektórzy twierdzą, że zjawisko ma dosyć duże prawdopodobieństwo występowania. Już od 1995 roku zjawisko ma miejsce, a analitycy notują niepokojący wzrost od 2003 (źródło: GUS); nie ma to, niestety, znaczenia. Brakuje instytucji i wspólnej woli, by zjawisko ulepszyć, a politycy rozkładają ręce. Podczas gdy na Wiejskiej z wokandy nie chce zejść sprawa katastrofy smoleńskiej, władze lokalne tłumaczą, że nie mają dość kompetencji a organizacje pozarządowe zajmują się aktywnie innymi debatami, argumentując, że debaty skutecznie pokrywają debety. Czy jednak nie jest tak, że umywamy ręce, podczas gdy problem jest zamiatany pod dywan?

Musimy podjąć na temat zjawiska publiczną debatę. Nie sposób jest stwierdzić, ile czynników uległoby znaczącej poprawie gdyby doszło do ulepszenia zjawiska; dla pewnych pobieżnych szacunków zupełnie wystarczający jest fakt, że ekonomiści są zgodni co do tego, że 4,5 jest większse od 2,1. Oczywiście w przypadku realizacji różnicy mamy już do czynienia z różnymi sporami. Wacław Krzemiński z warszawskiego Centrum Adama Smitha przypomina, że wolnorynkowe 4,5 waha się w zależności od ekonomicznego casusu, podczas gdy 2,1 może korzystnie wpływać na rozwój socjalu - co szczególnie ważne jest w obliczu dyskusji o OFE i wiążących się z nią społecznych niepokojów. Wszyscy jesteśmy jednak zgodni, że trzeba działać.

Dodatkowy problem stanowi brak społecznej świadomości. Społeczeństwa bardziej rozwinięte, takie jak np. francuskie czy duńskie są bardziej rozwinięte, podczas gdy społeczeństwo polskie dalej zostaje w tyle. Życzliwi obwiniają PRL, mniej życzliwi - polską mentalność, nie zmienia to jednak w ostatecznym rozrachunku nic, a zjawisko zostaje, jak pryszcz rosnący na twarzy nieświadomego nastolatka tuż przed jego pierwszą randką. Ten pryszcz to zapowiedź kryzysu.

W pełni świadom swojej roli społecznej roszczę sobie prawo do orzeczenia, że zjawisko musi zostać ulepszone. Nie będę precyzował przez kogo, ani w jaki sposób; nie interesuje mnie, czy moje słowa wywrą jakikolwiek wpływ. Interesuje mnie tyle jedynie, żeby utrzymać pozory walki i hołdowania etosowi intelektualisty; jeszcze spłycając: interesuje mnie utrzymanie swojego stołka w swoim ciepłym kurwidołku. W przeciwieństwie do kolegów po piórze nie ubrudzę sobie niczym rąk, ja tylko piszę w skupieniu swoje synthesis.

Gdybym był zręczniejszym publicystą, to ostatniemu akapitowi towarzyszyłby żarcik na temat nieudolności władz bądź zabawna metafora czy aluzja łaskocząca wzgórek erudycji. Niestety, uważam żarty ze zjawiska za rzecz wysoce niestosowną. Gdyby zjawisko skoczyło o 3 to każdego stać by było na kabriolet.

Tomasz Andrzejewski

Thursday, February 17, 2011

Obywatel Anon - o UK Uncut

Data publikacji posta jest datą publikacji na stronie internetowej Res Publiki Nowej - http://publica.pl/teksty/obywatel-anon-o-uk-uncut/


Kiedy w Wielkiej Brytanii do władzy doszli Torysi nikt nie miał złudzeń co do tego, że zacznie się zaciskanie pasa i dokręcanie nazbyt poluzowanej śruby sektora publicznego. W opinii wielu komentatorów i mieszkańców to konieczny krok, szczególnie w obliczu skomplikowanej sytuacji ekonomicznej na świecie, a niezaprzeczalnym pozostaje fakt, że w ciągu minionej dekady wydatki Anglików na usługi publiczne zwiększyły się prawie dwukrotnie – od 343 miliardów funtów w roku 2000 do 669 w 20101.
Nikt nie miał złudzeń także co do tego, że zaciskanie pasa wywoła spore niezadowolenie. Naturalnym jest przecież, że nikt nie chce tracić swojego miejsca pracy. Październikowe wystąpienie George’a Osbourne’a, w którym ten ogłosił cięcia opiewające na 83 miliardy funtów wywołało u wielu osób zrozumiały niepokój – przywykliśmy też do tego, że niepokoje tego rodzaju zwykle przekładają się na protesty. Co tu więc warte jest naszej uwagi? Gdyby skończyło się na zwyczajowych pikietach, to mielibyśmy, że pozwolę sobie zacytować ważną postać brytyjskiej historii, business as usual. Zwyczajowych pikiet jednak nie ma. Jest UK Uncut.
Zaczęło się od tego, że wystąpienie Osbourne’a sprowokowało grupkę kilkunastu przyjaciół do działania. Nie występują zwyczajnie przeciw cięciom, chcą wskazać alternatywę – a tą miałoby być konsekwentne ściąganie należności od najbogatszych, z których spora część notorycznie unika płacenia podatków. Gra jest warta świeczki, bo – według wyliczeń zrzeszenia związków zawodowych TUC– coroczne straty budżetu brytyjskiego z tytułu unikania podatków opiewają na ok. 25 miliardów funtów. Do niezbyt szacownego grona ultrazamożnych tax dodgers należą między innymi takie giganty jak korporacja telekomunikacyjna Vodafone (posiadająca sporą część polskiego Plusa) czy bank HSBC, a brak ich wkładu we wspólne dobro zostawia ziejącą dziurę w budżecie. Protestujący wiedząc, że politycy są bezsilni lub niechętni do zdecydowanych działań wobec najbogatszych decydują się wziąć sprawy w swoje ręce – idą blokować jeden ze sklepów sieci Vodafone w centrum Londynu. Promują protest przez internet i serwisy społecznościowe takie, jak Twitter – co sprawia, że forma protestu staje się niespodziewanie popularna. Od października minęło niemalże pół roku, a protesty-blokady nie tylko nie słabną, lecz stają się liczniejsze i silniejsze. Do Guardiana informującego o protestach praktycznie od początku stopniowo przyłączają się inne czasopisma, często wyrażając mniej lub bardziej bezpośrednie poparcie – nawet „Daily Mail”, angielski tabloid po którym można było spodziewać się raczej, że podobnie jak będący na tej samej półce „The Sun” dla wzrostu sprzedaży na temat protestujących zacznie snuć teorie spiskowe. Obecnie stronę internetową UK Uncut śledzą dziesiątki tysięcy ludzi, a ich „action map” kraju jest upstrzony punktami, w których planowane są akcje.
Całą inicjatywę czyni wyjątkową kilka rzeczy: po pierwsze, na uwagę zasługuje fakt, że działania w ramach UK Uncut są w gruncie rzeczy konstruktywne. Nie jest to zwyczajny reakcjonizm – protestujący proponują alternatywne rozwiązanie trapiącego ich problemu, co więcej, podejmują konkretne działania mające to rozwiązanie wprowadzić w życie. Po drugie, protestujący przełamują kilka konwencji i tworzą nową. Daniel Garvin, jeden z inicjatorów w wypowiedzi dla Guardiana zauważa, że stara konwencja maszerowania pod parlament z transparentami i megafonami już się wyczerpała i nie wzbudza poruszenia. W nowej formule protestu widać obudzenie się świadomości obywatelskiej o nowej jakości – dochodzi tu do pokojowego zawłaszczenia tej przestrzeni, która jest wykorzystywana niezgodnie z powszechnie akceptowanymi regułami. Nie ma wybijania szyb czy rewolucyjnych nastrojów, jest prosty i uczciwy postulat – płaćcie podatki tak jak wszyscy.
Po trzecie – co najciekawsze i do czego nawiązuję w tytule artykułu – być może inny element nowej formuły jest zwiastunem nowego rodzaju obywatelstwa. W trzewiach internetu funkcjonuje serwis internetowy 4chan. Każdy użytkownik 4chan zachowuje totalną anonimowość, co czyni z serwisu najbardziej radykalną mekkę wolności słowa w internecie ale i czasami zwyczajnie okropne miejsce. Podziw, lęk i niezrozumienie wśród obserwatorów budzi w 4chanie przede wszystkim fakt, jak ta gigantyczna i niezorganizowana chmara anonimowych (a więc – pozbawiona siłą rzeczy autorytetów wewnątrz grupy) ludzi jest w stanie spontanicznie zebrać się i kolektywnym wysiłkiem osiągnąć coś, co przy użyciu tradycyjnych metod nie mogłoby dojść do skutku, tak jak słynny protest przeciwko scjentologom czy udany atak na usługi MasterCard w ramach wyrażania poparcia dla Juliana Assange’a i jego kontrowersyjnego Wikileaks.
W przypadku UK Uncut mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. Nie ma „przywódcy”, nie ma hierarchicznej struktury podejmującej decyzje i bezwolnych, bezimiennych wspieraczy, których się spędza pod parlament jak to zwykle jest w przypadku tradycyjnych protestów. Wszyscy protestujący UK Uncut paradoksalnie są jednakowo anonimowi, mimo, że przecież nie czynią ze swojej tożsamości tajemnicy. Organizują się przez serwisy typu Twitter czy Facebook i każdy z nich znaczy dokładnie tyle samo, co inny – potwierdza to przytoczony przez Guardiana fakt, że jednej, piętnastoletniej nikomu nieznanej dziewczynie udało się na jeden protest przyciągnąć sześćdziesięciu innych. To protest oparty nie o umierający śmiercią naturalną paradygmat masowości lecz właśnie o udany kompromis między indywidualizmem a działaniem dla wspólnego dobra.
Śledzę z dużym zainteresowaniem wydarzenia na Wyspach i zastanawiam się, jaką wagę mogę obiektywnie przypisać protestom – bo jeżeli o chęciach mowa, to chciałbym przypisać jak największą. Widząc rozwój wypadków trudno mi uwierzyć, żeby protestujący nie odnieśli sukcesu w swojej sprawie i liczę na efekt domina, który sprawiłby, że podobna technika protestu zostałaby przyjęta w innych krajach Europy. Z dziką chęcią wyszedłbym na ulicę z transparentem „Obywatel Anon w słusznej sprawie”, powodów miałbym wiele.

Tuesday, November 30, 2010

Jak Wikileaks zastrzeliło poliszynela




Skuteczna polityka zagraniczna opiera się w rzeczywistości na skomplikowanej sieci kontaktów, bazach danych i zaufaniu. To, co zwykle z nią kojarzymy, czyli przemówienia szefów MSZów poszczególnych krajów czy wizyty głów państw, to w rzeczywistości sceny dość symboliczne. Do ich aranżacji doprowadziły tysiące małych kroczków wykonywanych zarówno tajnie, jak i jawnie. Praktycznie nieustannie na różnych szczeblach gromadzone są informacje, wydawane dyrektywy i tworzone wspólne ustalenia, których późniejszym rezultatem jest właśnie symboliczny uścisk dłoni dokonany przed kamerami przez osoby na samym szczycie. Jedną z rzeczy kluczowych dla zrozumienia doniosłości przecieków opublikowanych przez Wikileaks to fakt, że cały ten skomplikowany system od początku do końca tworzą ludzie o konkretnych predyspozycjach, usposobieniach, ludzie mniej lub bardziej podatni na wpływ swoich emocji - ale podatni zawsze.

Drugim kluczowym faktem, z którego musimy zdać sobie sprawę, jest istnienie towarzyszącej wszelkim staraniom dyplomatycznym postaci garbatego poliszynela. Poliszynel jest ucieleśnieniem pewnego nieformalnego i niewypowiedzianego paktu zawieranego przez wszystkich tych ludzi. Oczywiście, że spotykając się z przedstawicielem innego kraju mamy świadomość, że posiada on przełożonych i że prawdopodobnie składa im raporty. Oczywiście, że wiemy, że równolegle do naszego spotkania odbywa się w innych częściach świata wiele innych, których przedmiotem są kwestie wprost sprzeczne z naszymi własnymi interesami - jest to jednak element pewnego porządku, który współtworzymy.

Wyobraźmy sobie teraz, że komfort naszego miłego spotkania z przedstawicielem innego kraju przerywa Julian Assange. Ten wyciąga broń i śmiertelnie godzi poliszynela w jego garb. Spuszczeni z łańcucha natychmiast sięgamy do raportu, który przygotował dla swoich przełożonych nasz towarzysz: czytamy w nim, że mamy paskudny nos i nieświeży oddech, a że i brakuje nam kompetencji i łatwo nami manipulować - dodatkowo dowiadujemy się, że inny kraj dostał propozycję prezydenckiej wizyty w zamian za ledwie jednego więźnia z Guantanamo, podczas gdy od nas oczekiwano czterech. Kto nie poczułby się wściekły i oszukany? Tyle spotkań, tyle przyjaznych rozmów, staranne tworzenie porozumienia - wszystko na nic. Co z tego, że sami przygotowaliśmy podobną notkę, w której naszych przełożonych informowaliśmy o skłonnościach naszego kompana do nadużywania alkoholu, wulgarnego słownictwa i źle skrojonych ubrań.

Amerykańskich dyplomatów czeka teraz wyjątkowo ciężki okres. Niewykluczone, że większość ich dotychczasowych kontaktów stanowczo odmówi dalszej współpracy, na znalezienie nowych potrzeba czasu - czasu, który możnaby przeznaczyć na działania przynoszące znacznie korzystniejsze efekty. Nie bez przyczyny brytyjski Guardian nazywa przeciek światowym kryzysem dyplomatycznym a niemiecki Spiegel - totalną katastrofą amerykańskiej dyplomacji. Władze Iranu już podnoszą głos w związku z ujawnionymi materiałami; amerykańskie wątpliwości co do kierunku ideologicznego obranego przez Turcję i jakości jego władz raczej nie okażą się być dla kraju bodźcem popychającym go w stronę Zachodu. Brytyjskie media zapowiadają publikację materiałów będących ostrą krytyką działań Zjednoczonego Królestwa w Afganistanie oraz samej osoby premiera Davida Camerona. Wymieniać można długo.

Większość publicznych wypowiedzi odnośnie przecieku z całą pewnością będzie wydarzenie bagatelizowała, ale nawet pobieżna analiza materiałów (a nie zapominajmy, że nam dostępna jest ich, jak dotąd, jedynie część!) zmusza do traktowania przecieku bardzo poważnie. Może i uda się dyplomatom ze Stanów i Europy uspokoić opinię publiczną, ale nie ma co się łudzić, że przeciek nie odbije się rozmaitym inicjatywom USA w polityce zagranicznej bolesną czkawką.

Ważnym aspektem przecieku jest też jego miejsce w debacie o wolność informacji. Oto kolejny dowód, że w dzisiejszych czasach żadna informacja nie jest bezpieczna; pytanie tylko - czy skłoni to Zachód do podążania w kierunku większej przejrzystości i zmiany formuły działań różnych struktur na bardziej przystosowane do epoki (i zarazem bardziej zgodne z ideami przyświecającymi ustrojowi demokratycznemu), czy też będziemy musieli stawić czoła próbom ograniczenia obiegu informacji? Czy poruszony w nadchodzącej debacie zostanie może w sposób otwarty fakt, że w tym kontekście ochrona interesu państw narodowych coraz bardziej staje się sprzeczna z interesem obywateli, którzy wielkiej polityce ufają coraz mniej a wiedzieć - coraz więcej? Podstawowym założeniem demokracji idealnej jest myślący krytycznie i poinformowany obywatel - tymczasem rzetelną wiedzę (którą należy odróżnić od nawet najtrafniejszych domysłów) o tym jak wyglądają w rzeczywistości współczesne starania dyplomatyczne czy polityka zagraniczna światowego supermocarstwa dostarcza nam dopiero Cablegate. 

Jako naiwny idealista życzę sobie przyspieszenia procesu zwieńczonego zmianami w samej formule polityki, bardziej prawdopodobne są, niestety, próby wprowadzenia cenzury.  Nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, że i Europę czeka już wkrótce poważny konflikt o tym charakterze - sam nie zamierzam ukrywać, że moje sympatie zdecydowanie leżą po stronie tych, którzy karkołomnie strzelają w garb poliszynela. Wolę ich od tych, którzy zamiast spróbować pozbyć się kaprawej przyzwoitki sprowadzają nieustannie znachorów i chcą brudnymi przyrządami wyciągać z jej garbu kolejne i coraz liczniejsze kule.