Wyniki z 93% lokali w zasadzie potwierdziły wyniki OBOPu.
1. Platforma zostaje w koalicji z PSLem. Trochę liczyłem na zamieszanie, które zmusiłoby Platformę do rozmów koalicyjnych z Palikotem; z drugiej strony, jakkolwiek byłby to znacznie ciekawszy scenariusz , byłby też groźny (w końcu mowa o "ciekawych czasach") - i dla Palikota (który jedyne jak mógłby w zasadzie na tym skorzystać, to wyczekać z rok czy dwa żeby z przytupem opuścić koalicję jako samozwańczy moralny zwycięzca, na przykład przy okazji cięć po przekroczeniu pułapu zadłużenia publicznego, które niechybnie nadejdzie) i dla Platformy. Następne, zapewne przyspieszone wybory w takim scenariuszu mógłby rzeczywiście wygrać, przynajmniej statystycznie, już PiS, co pewnie skończyłoby się kryzysem parlamentarnym, bo na samodzielne rządy nie miałby szans a nie wiem czy PSL byłby skłonny aż tak bezceremonialnie potwierdzać swój popularny przydomek. Chyba, że po powtórzonych wyborach, jako mężowie "ratujemy kraj" stanu wybierający mniejsze zło. Palikot w scenariuszu "odchodzimy z koalicji" zyskałby pewnie kilka procent, ale straciłby zdolność koalicyjną - jedynym potencjalnym partnerem byłoby SLD, które i tak potrzebuje przynajmniej jeszcze dwóch kadencji żeby w ogóle móc mówić o odbudowie.
2. Napieralski utonął. TVN24 donosi, że już podał się do dymisji. Ciekawe, kogo SLD teraz wysunie na lidera. W tej partii wyjadaczy jest bardzo dużo, nie zdziwiłoby mnie, gdyby decyzja o przywództwie w partii była podjęta już dawno temu. Stara gwardia raczej by się nie sprawdziła - może poza Kaliszem - ale jakiś nowy, młody przyboczny jest całkiem prawdopodobny. Przy okazji będzie można sprawdzić, jak ostatecznie po śmierci Szmajdzińskiego układają się siły w Sojuszu.
SLD powinno także zainwestować w quality control spotów wyborczych. Spoty takie (spot Lenart nie był w końcu jedynym z tego gatunku w historii partii) działają na wizerunek całego przedsięwzięcia. Gdybym był wojującą feministką chciałbym dać komuś w twarz za ten spot; jako samiec też chciałbym dać komuś w twarz za to, że w tak mało finezyjny sposób próbuje się grać na moim członku - członku, który zdaje się mówić to samo, co porucznik Borewicz.
3. Palikot wszedł z wielkim rozmachem. Przebił nawet summa summarum Samoobronę, która na swoje piętnaście minut kilka ładnych godzin musiała poczekać. Cieszę się bardzo, bo jakkolwiek sądzę, że RPP jest organizacyjnie, za przeproszeniem, w dupie - i 'punktowy' system przydzielania miejsc na listach zapewne ugryzie Palikota, za przeproszeniem, w dupę, o ile nie dokonał nieformalnej selekcji - to jednak ich obecność w parlamencie nada legitymizacji tematom i słowom, które jak dotąd były wypierane poza dyskurs publiczny.
66 posłów (RPP+SLD) to mała szansa na liberalizację obyczajów, ale oznacza dramatyczne umniejszenie szansy na powtórkę rzeczy tak mrożących krew w żyłach, jak niedawno odrzucony zdecydowanie niewystarczającą ilością głosów projekt drakońskiej ustawy antyaborcyjnej. Innymi słowy - chociaż ciężko będzie obyczajowo pójść bardziej na lewo, to zdecydowanie trudniej będzie pójść bardziej na prawo. Profit.
Plus olbrzymi za to, że nie widziałem nigdzie Dominika Tarasa.
4. PiS: na wschodzie bez zmian. Co tu dużo mówić. Sporym blamażem był słynny już Budapeszt, bo nie wiem co - poza fantastyczną kuchnią, naprawdę ładnym krajem i momentami pozytywnie egzotyczną urodą kobiet - możemy u Węgrów uznać za godne naśladowania czy ogólnie zazdrości. Całe szczęście dla JK, że w Polsce o węgierskiej polityce mówi się mało i że nazwisko "Orbán" niewiele mówi. Miałem nadzieję, że może Węgrzy jakoś ustosunkowali się do słów Kaczyńskiego, ale póki co jeszcze nikt tego nie zrobił. Népszabadsag i Népszava walnęły tylko zdawkowe informacje o wynikach, z czego ten pierwszy wykazał się lepszą znajomością polskiej polityki, bo wyników wyborów do senatu nie uznał za istotne. Swoją drogą trochę to smutne, bo przyspieszone wybory z 2007 były gęściej komentowane - może i u Węgrów powoli umiera sen o bratankach. Ale poczekajmy jeszcze.
5. PSL - po co o nich pisać.
Tak czy tak, wybory zakończyły się wynikiem dla mnie satysfakcjonującym, a wejście Palikota wzburzy konceptem 'zabetonowania' sceny politycznej. To, że w istocie jest nazbyt zabetonowana to inny temat; wpadłem ostatnio na szaleńczy plan wysłania listów do różnych ważnych person z sugestią obniżenia progu parlamentarnego do 3% (lub nawet 2%) dla partii i 5% (lub 4%) dla koalicji. Nie spodziewam się sukcesu, ba, nie spodziewam się, żeby mi nawet odpowiedziano - ale skoro tylu wariatów pisze listy to co zaszkodzi jeden dodatkowy, w dodatku zawierający słowa "pluralizm", "demokracja", "idea", "reprezentacja". Konkretną treść listu i argumentację zamieszczę w kolejnej notce.
Showing posts with label palikot. Show all posts
Showing posts with label palikot. Show all posts
Monday, October 10, 2011
Thursday, September 8, 2011
Palikot; utrata złudzeń
![]() |
| Źródło: Interia.pl |
2 października ub. roku Janusz Palikot zrobił swój wielki i dobrze zaplanowany coming-out. Przez kilka miesięcy ciągnęło się rozstanie z Platformą, składanie legitymacji, drobne uszczypliwości i życzliwości wymieniane z dawnymi kolegami z partii. Kongres był czymś, na co czekałem; wydaje mi się to dosyć zrozumiałe. Moja osiemnastka oznaczała wejście z butami w epokę kryzysu reprezentacji. Potwór, jakim była koalicja PiSu z Samoobroną i LPRem trzymał mnie dość mocno przy Platformie. Dalej uważam ją za jednoznacznie lepszą alternatywę, choćby dlatego, że słowo "rozliczanie" pojawia się rzadziej, a agent Tomek już nie korumpuje ludzi za publiczne pieniądze; nie zmienia to faktu, że - podobnie jak większość młodych ludzi - nie mogę nazwać kogokolwiek w sejmie reprezentantem moich interesów czy światopoglądu.
Mamy kongres. Byłem wówczas czymś zawieszonym między praktykantem a współpracownikiem w Res Publice Nowej; pomagałem przy wydawaniu książeczki Cezarego Wodzińskiego pt. "Kapłana Błaznem". Była przydroga i mało było w niej treści, ale tworzyła fajny framework dla dotychczasowej błazenady Palikota, pozwalała ujrzeć ją w innym świetle. Z racji zaangażowania w prace nad książką miałem z kilkoma innymi osobami z RPN wstęp na kongres. Od szarego tłumu odróżniały nas plakietki z napisem "MEDIA"; zawsze to miło przez chwilę poczuć się kimś ważnym.
Wymknąłem się ze stanowiska z książkami Wodzińskiego i udało mi się zobaczyć praktycznie całe show - od dramatycznego wejścia, przez Valbony Majewskiego i piętnaście punktów JP po budzącego wu-te-efy gromowładnego Kalisza. Wystąpienie przyjąłem tak pozytywnie, że aż wpisałem się na listę chcących wstąpić do stowarzyszenia (to będzie istotne później). Mój optymizm nie opierał się, oczywiście, na merytorycznej części 15 postulatów - większość była nierealna lub służyła jako kiełbasa wyborcza. Chodziło bardziej o ideowy kierunek Palikota, to ten mnie poruszył. Poczułem wówczas, że na taki kierunek mógłbym - i rzeczywiście chciałbym, co było totalnym novum - oddać głos. Podobnie pozytywne wrażenie kongres sprawił na - też obecnym - Szymonie Ozimku, pod którego napisanym na świeżo opinion piece mógłbym się spokojnie podpisać; co najwyżej inaczej bym tylko rozłożył akcenty. Miałem, oczywiście, świadomość, że przeszłość Palikota mogła tworzyć nieco niespójny obraz z jego nowym imidżem, ale jako człowiek mający pewne pojęcie o polityce (jak i też o tym jakim człowiekiem jest Palikot) nie przywiązywałem do tego zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie nie miało dla mnie znaczenia, że Palikot mało mówił o gospodarce - o tej i tak mówi się już za dużo, a z całego tego eksperckiego ględzenia niewiele przychodzi.
Minęło kilka miesięcy i zaczęły się, niestety, pojawiać problemy. Liczyłem na to, że RPP pójdzie za ciosem, utrzyma momentum. Mowy o postulatach i kierunku ideowym było jednak coraz mniej, a coraz więcej - prymitywnego antyklerykalizmu. Kiedy Palikot na kongresie mówił o "spasionych biskupich brzuchach" setnie się ubawiłem, podobnie jak większość obecnych. Widziałem w tym fajne przełamanie pewnego semantycznego tabu, które sprawiało, że wymowna krytyka kleru była zarezerwowana praktycznie wyłącznie dla politycznego marginesu kroju Jerzego Urbana. Zacząłem się nieco niepokoić w momencie, kiedy antyklerykalne happeningi okazały się być jedynym, co o RPP jestem w stanie usłyszeć. Można zapewne skontrować moje słowa twierdzeniem, jakoby to media dokonywały cherry pickingu wybierając wyłącznie kontrowersyjne spędy pod krzyżami czy kościołami, ale antyklerykalizm zdominował też np. profil RPP na facebooku. Czytałem kolejne wpisy autorstwa i samego profilu RPP i fanów profilu: prezentowały one tak samo niezdrowy stosunek do spraw religii, wiary czy kościoła, jak stosunek szeroko rozumianej dewocji - tyle tylko, że biegun był odwrócony. Wstrzymywałem się jeszcze od emocjonalnego odejścia od RPP licząc na to, że gdy zostaną wypracowane struktury Palikot - albo ktoś, kto w RPP wyleci w górę, byle tylko nie Dominik Taras - zacznie moderować dyskusję i prowadzić ją w stronę konstruktywnej krytyki systemu, a nie zbioru epitetów rodzaju "platfus, pisior, klecha, kruczysko". Te słyszałem już wcześniej z ust ludzi, z którymi ciężko mi się uwspólnotowić. Żadna moderacja czy żadne dobre polityczne duszpasterstwo jednak się nie pojawiło.
Czemu rusza mnie taki antyklerykalizm? Bo chociaż chciałbym, żeby kościół otworzył się na krytykę jego funkcjonowania w systemie, żeby zmalała waga kwestii religijnych przy takich problemach jak np. in vitro czy aborcja, to równocześnie sprzeciwiam się zapominaniu o tym, że zarówno hierarchowie jak i nawet najbardziej zacietrzewieni dewoci są ludźmi, w dodatku bardzo licznymi. Na wzajemnym wbijaniu sobie szpil, proszę państwa, nigdzie nie zajedziemy. Wierzę, że jest możliwe pokojowe rozwiązanie, jakiś kompromis, pogodzenie zlaicyzowanej części społeczeństwa z tą mocno osadzoną w tradycji katolickiej - problemu upatruję w tym, że nikt takiego rozwiązania najwyraźniej nie szuka, prawdopodobnie wychodząc z założenia, że na konflikcie w tej materii jest więcej do ugrania.
Coś dziwnego stało się też z niejakim Armandem Ryfińskim. Człowiek ten był - i dalej jest - dla mnie zagadką. Poza RPP praktycznie nie istnieje, nie widzę jego samodzielnej działalności w sieci. W grafikach google po wpisaniu nazwiska najpierw wyskakuje kilka zdjęć Palikota, a samego Ryfińskiego możemy zobaczyć na jakimś przypadkowym zdjęciu pod koniec pierwszej strony wyników. Strona Ryfińskiego z serwisu RPP zawiera tylko lakoniczny opis funkcji: Prezes Stowarzyszenia. Nie ma zdjęcia, nie ma dotychczasowego dorobku. Nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek, wiem tylko tyle, że wysłał do mnie - bo, jak wspominałem wcześniej, wpisałem się na kongresie na listę - całkiem sporo maili. Obdarzony pięknym imieniem człowiek nieokreślonego sukcesu uległ dramatycznej przemianie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Co przedstawię poniżej ma, oczywiście, charakter anegdotyczny i nie uważam tego za jakąkolwiek podstawę do wydawania sądów na temat osoby p. Ryfińskiego, jest jednak dość zabawne:
Czym pękanie Donalda różni się choćby od wibratorów Palikota? Wibrator był przemyślany symbolicznie, był narzędziem, które potrafiłem docenić intelektualnie. Pękanie Donalda to zagrywka pozbawiona jakiejkolwiek finezji. Wolę już słuchać Kaczyńskiego; ten gdy jest w dobrej formie potrafi zagrać naprawdę finezyjnie i wzbudzić mój niechętny podziw.
Maile to mniej znacząca sprawa - ważniejsze jest to, że sama postać Ryfińskiego jest znamienna dla jednego z głównych problemów RPP. Sam Palikot po prostu nie wystarczy na pokuszenie się o zyskanie ogólnokrajowego posłuchu. Palikot nie może być wszędzie, nie wystąpi we wszystkich debatach, nie zorganizuje kilkunastu spotkań równocześnie - a z tajemniczymi Ryfińskimi z RPP nikt nie ma ochoty się spotykać. W końcu równie dobrze mogę wejść na Chatroulette, poczekać aż trafię na Polaka około trzydziestki i umówić się na spotkanie. O Ryfińskim wiem tyle tylko więcej, że raczej nie zaproponuje mi sponsoringu; losowy człowiek z Chatroulette może spróbować.
Wiele zmieniłby transfer Kalisza czy awans innej charyzmatycznej postaci w strukturach stowarzyszenia. Takich postaci, obecnie, nie ma. Nawet PiS popularnie nazywany partią wodzowską miał (dziś już ma ich z różnych przyczyn trochę mniej) sporo charyzmatycznych polityków, którzy dopełniali wizerunek partii i udatnie ją reprezentowali. Gdyby dziś były wybory i RPP by do nich wystartowało jedynym nazwiskiem, które bym kojarzył byłby zapewne Palikot.
Problemy organizacyjne w połączeniu ze wspomnianym wcześniej antyklerykalizmem w tanim wydaniu widocznym zarówno na górze jak i na dole oraz zanikiem języka czy zachowań trafiających do wykształconego odbiorcy sprawiają , że nie czuję już, jakoby RPP mogłoby być dla mnie opcją. Pewnie, że chciałbym, żeby weszli do sejmu, ale dziś już tylko z przyczyn abstrakcyjnych, z powodu bycia miłośnikiem politycznego pluralizmu i nadziei na dodanie koloru politycznym konfliktom - te póki co są nędzną kpiną z demokracji. Niedawno mająca miejsce debata Palikota z Januszem Korwin-Mikke była bardzo przyjemnym i odświeżającym widowiskiem, ale to jednak nie wystarczy, żeby wykrzesać ze mnie zaangażowanie na poziomie osobistym.
Tak to, szanowni państwo, umierają nadzieje młodych ludzi. Miało być fajnie, nowocześnie i lewicowo; wyszło jak zawsze.
Mamy kongres. Byłem wówczas czymś zawieszonym między praktykantem a współpracownikiem w Res Publice Nowej; pomagałem przy wydawaniu książeczki Cezarego Wodzińskiego pt. "Kapłana Błaznem". Była przydroga i mało było w niej treści, ale tworzyła fajny framework dla dotychczasowej błazenady Palikota, pozwalała ujrzeć ją w innym świetle. Z racji zaangażowania w prace nad książką miałem z kilkoma innymi osobami z RPN wstęp na kongres. Od szarego tłumu odróżniały nas plakietki z napisem "MEDIA"; zawsze to miło przez chwilę poczuć się kimś ważnym.
Wymknąłem się ze stanowiska z książkami Wodzińskiego i udało mi się zobaczyć praktycznie całe show - od dramatycznego wejścia, przez Valbony Majewskiego i piętnaście punktów JP po budzącego wu-te-efy gromowładnego Kalisza. Wystąpienie przyjąłem tak pozytywnie, że aż wpisałem się na listę chcących wstąpić do stowarzyszenia (to będzie istotne później). Mój optymizm nie opierał się, oczywiście, na merytorycznej części 15 postulatów - większość była nierealna lub służyła jako kiełbasa wyborcza. Chodziło bardziej o ideowy kierunek Palikota, to ten mnie poruszył. Poczułem wówczas, że na taki kierunek mógłbym - i rzeczywiście chciałbym, co było totalnym novum - oddać głos. Podobnie pozytywne wrażenie kongres sprawił na - też obecnym - Szymonie Ozimku, pod którego napisanym na świeżo opinion piece mógłbym się spokojnie podpisać; co najwyżej inaczej bym tylko rozłożył akcenty. Miałem, oczywiście, świadomość, że przeszłość Palikota mogła tworzyć nieco niespójny obraz z jego nowym imidżem, ale jako człowiek mający pewne pojęcie o polityce (jak i też o tym jakim człowiekiem jest Palikot) nie przywiązywałem do tego zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie nie miało dla mnie znaczenia, że Palikot mało mówił o gospodarce - o tej i tak mówi się już za dużo, a z całego tego eksperckiego ględzenia niewiele przychodzi.
Minęło kilka miesięcy i zaczęły się, niestety, pojawiać problemy. Liczyłem na to, że RPP pójdzie za ciosem, utrzyma momentum. Mowy o postulatach i kierunku ideowym było jednak coraz mniej, a coraz więcej - prymitywnego antyklerykalizmu. Kiedy Palikot na kongresie mówił o "spasionych biskupich brzuchach" setnie się ubawiłem, podobnie jak większość obecnych. Widziałem w tym fajne przełamanie pewnego semantycznego tabu, które sprawiało, że wymowna krytyka kleru była zarezerwowana praktycznie wyłącznie dla politycznego marginesu kroju Jerzego Urbana. Zacząłem się nieco niepokoić w momencie, kiedy antyklerykalne happeningi okazały się być jedynym, co o RPP jestem w stanie usłyszeć. Można zapewne skontrować moje słowa twierdzeniem, jakoby to media dokonywały cherry pickingu wybierając wyłącznie kontrowersyjne spędy pod krzyżami czy kościołami, ale antyklerykalizm zdominował też np. profil RPP na facebooku. Czytałem kolejne wpisy autorstwa i samego profilu RPP i fanów profilu: prezentowały one tak samo niezdrowy stosunek do spraw religii, wiary czy kościoła, jak stosunek szeroko rozumianej dewocji - tyle tylko, że biegun był odwrócony. Wstrzymywałem się jeszcze od emocjonalnego odejścia od RPP licząc na to, że gdy zostaną wypracowane struktury Palikot - albo ktoś, kto w RPP wyleci w górę, byle tylko nie Dominik Taras - zacznie moderować dyskusję i prowadzić ją w stronę konstruktywnej krytyki systemu, a nie zbioru epitetów rodzaju "platfus, pisior, klecha, kruczysko". Te słyszałem już wcześniej z ust ludzi, z którymi ciężko mi się uwspólnotowić. Żadna moderacja czy żadne dobre polityczne duszpasterstwo jednak się nie pojawiło.
Czemu rusza mnie taki antyklerykalizm? Bo chociaż chciałbym, żeby kościół otworzył się na krytykę jego funkcjonowania w systemie, żeby zmalała waga kwestii religijnych przy takich problemach jak np. in vitro czy aborcja, to równocześnie sprzeciwiam się zapominaniu o tym, że zarówno hierarchowie jak i nawet najbardziej zacietrzewieni dewoci są ludźmi, w dodatku bardzo licznymi. Na wzajemnym wbijaniu sobie szpil, proszę państwa, nigdzie nie zajedziemy. Wierzę, że jest możliwe pokojowe rozwiązanie, jakiś kompromis, pogodzenie zlaicyzowanej części społeczeństwa z tą mocno osadzoną w tradycji katolickiej - problemu upatruję w tym, że nikt takiego rozwiązania najwyraźniej nie szuka, prawdopodobnie wychodząc z założenia, że na konflikcie w tej materii jest więcej do ugrania.
![]() |
| Enigmas Ryfińskis |
Kochani :) Bardzo dziękuję za dotychczasowe zaangażowanie w działania na rzecz budowyNowoczesnej Polski w tym ostatnią akcję zbierania podpisów pod wnioskiem orejestrację partii: Ruch Palikota.To fragment maila z początku maja (przy kopiowaniu zepsułem formatowanie). Widzimy - jest przyjaźnie, w miarę poprawnie językowo (chociaż zdarzają się drobne krzaczki), profesjonalnie w sposób nowoczesny. Maile w takim stylu mógłby wysyłać podwładnym Steve Jobs. Zobaczmy jednak maila, którego dostałem niedawno, a który trudno mi określić, czy bardziej mnie rozbawił czy zniesmaczył:
Mazowsze zebrało najwięcej podpisów - jest więc powód do dumy, sporo osób dzięki tej akcji dowiedziało się, że wogóle istniejemy i mamy pomysł na zbudowanie nowoczesnej Polski.
Czapki z głów przed każdym, kto zadał sobie trud i przyniósł chośby 2 podpisy - wielkie dzięki!
Witam, Dzisiaj o 21.15 pikieta pod TVP ul. Woronicza 17 Warszawa -przybywajcie!!! Protest w tej samej sprawie co pod tvn - miała być debata Tusk - Kaczyński, a będzie Pawlak Tusk mimo, że zgłaszał się Janusz Palikot. Dość dyskryminacji Ruchu Palikota w mediach publicznych!!! Dość ściemy i ustawek !!! Donald nie pękaj, tylko stań do debaty z Januszem Palikotem!Mail z miejsca przypomniał mi małą grupkę licealnych pop-aktywistów do których należałem przez pół miesiąca. Szefem przedsięwzięcia był chłopak, który wierzył, że stworzono go do rzeczy wielkich. Miał jednak też siedemnaście lat i dlatego nie winię go dziś za to, że używał kilku wykrzykników pod rząd, komicznie napuszonego słownictwa w zestawie z kolokwializmami; nie winiłbym go też, gdyby swojsko nawoływał osoby publiczne do zaprzestania "pękania", "pierdzenia", "ściem i ustawek" czy "opierdalania freda :) ". Od osoby najwyraźniej zarządzającej kontaktem z członkami czy sympatykami stowarzyszenia oczekiwałbym, niestety, więcej - szczególnie, że styl maila niepokojąco przypomina to, co można zobaczyć na Facebookowym profilu RPP.
Pozdrawiam Armand Ryfiński
Czym pękanie Donalda różni się choćby od wibratorów Palikota? Wibrator był przemyślany symbolicznie, był narzędziem, które potrafiłem docenić intelektualnie. Pękanie Donalda to zagrywka pozbawiona jakiejkolwiek finezji. Wolę już słuchać Kaczyńskiego; ten gdy jest w dobrej formie potrafi zagrać naprawdę finezyjnie i wzbudzić mój niechętny podziw.
Maile to mniej znacząca sprawa - ważniejsze jest to, że sama postać Ryfińskiego jest znamienna dla jednego z głównych problemów RPP. Sam Palikot po prostu nie wystarczy na pokuszenie się o zyskanie ogólnokrajowego posłuchu. Palikot nie może być wszędzie, nie wystąpi we wszystkich debatach, nie zorganizuje kilkunastu spotkań równocześnie - a z tajemniczymi Ryfińskimi z RPP nikt nie ma ochoty się spotykać. W końcu równie dobrze mogę wejść na Chatroulette, poczekać aż trafię na Polaka około trzydziestki i umówić się na spotkanie. O Ryfińskim wiem tyle tylko więcej, że raczej nie zaproponuje mi sponsoringu; losowy człowiek z Chatroulette może spróbować.
Wiele zmieniłby transfer Kalisza czy awans innej charyzmatycznej postaci w strukturach stowarzyszenia. Takich postaci, obecnie, nie ma. Nawet PiS popularnie nazywany partią wodzowską miał (dziś już ma ich z różnych przyczyn trochę mniej) sporo charyzmatycznych polityków, którzy dopełniali wizerunek partii i udatnie ją reprezentowali. Gdyby dziś były wybory i RPP by do nich wystartowało jedynym nazwiskiem, które bym kojarzył byłby zapewne Palikot.
Problemy organizacyjne w połączeniu ze wspomnianym wcześniej antyklerykalizmem w tanim wydaniu widocznym zarówno na górze jak i na dole oraz zanikiem języka czy zachowań trafiających do wykształconego odbiorcy sprawiają , że nie czuję już, jakoby RPP mogłoby być dla mnie opcją. Pewnie, że chciałbym, żeby weszli do sejmu, ale dziś już tylko z przyczyn abstrakcyjnych, z powodu bycia miłośnikiem politycznego pluralizmu i nadziei na dodanie koloru politycznym konfliktom - te póki co są nędzną kpiną z demokracji. Niedawno mająca miejsce debata Palikota z Januszem Korwin-Mikke była bardzo przyjemnym i odświeżającym widowiskiem, ale to jednak nie wystarczy, żeby wykrzesać ze mnie zaangażowanie na poziomie osobistym.
Tak to, szanowni państwo, umierają nadzieje młodych ludzi. Miało być fajnie, nowocześnie i lewicowo; wyszło jak zawsze.
Labels:
armand ryfiński,
palikot,
polityka,
RPP,
Ruch poparcia palikota
Tuesday, August 9, 2011
Political Fiction
Poruszony doniesieniami o planowanym zamachu na jednego z prominentnych polityków państwa polskiego zdecydowałem się napisać thrillera politycznego pt. "72'h' - 72 godziny". Książka to literacko-dziennikarska interpretacja materiału, który otrzymałem z zaufanych źródeł i będzie dostępna już wkrótce w sprzedaży w wybranych punktach detalicznych; zatroskani o moje życie przyjaciele i bliscy współpracownicy poradzili mi, bym publikował pod pseudonimem.
Wybrane recenzje:
Godz. 7
Drzwi samochodu dostawczego otwierają się z wielkim hukiem. Palikot jest do tego przyzwyczajony. Kończy rozmowę biznesową, wstaje i pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku wozów. Z vana wysiada duża grupa młodych mężczyzn. Krzyczą, przepychają się, są niespokojni. Jeden z nich przy wysiadaniu upada na ziemię, nie chce wstać, gryzie kolegów po łydkach. Palikot kopie go w brzuch, młody człowiek wstaje. Na jego białym podkoszulku widać ślady zaschniętych wymiocin, na szyi ma wytatuowane dwie błyskawice - symbol "SS". Polityk odchodzi z Tarasem na bok, rozmawiają. Młodzi są niespokojni, zaczynają się znowu przepychać, któryś wyciąga nóż; na szczęście już zaraz ma się rozpocząć Sesja.
Godz. 8
Palikot zdejmuje marynarkę.
Godz. 9
Młodzi stoją w szeregu. Co i raz któryś z nich wyciąga z kieszeni torebkę z białym proszkiem, zaciąga się. Wszyscy mają przekrwione oczy i ledwo stoją na nogach. Kilku z nich ma problem - w kącikach ust zaczyna im się pojawiać biała piana. Koledzy pomagają: wycierają pianę, potem dłonie wycierają w spodnie. Czekają, co powie im Janusz. Ten milczy; polityk założył ręce na piersi i czeka, Dominik Taras stoi obok niego. Również milczy. Chłopcy wiedzą, że ich trening dopiero się zaczął.
Godz. 10
U młodych z wielką siłą pojawiają się skutki zażytych substancji. Są agresywni, nie mogą ustać, krzyczą. Jeden tarza się na ziemi, inni zaczynają biegać w miejscu. Palikot uśmiecha się i daje ruch ręką. To jest to, na co młodzież czekała: wszyscy stają w idealnym szyku, w wielkiej koncentracji. Zapada głucha cisza.
- Co jest waszym celem? - pyta biznesmen z Lublina.
- Ujebać Kaczora - odpowiada chóralnie młodzież.
- Po co to chcecie zrobić? - dopytuje się nieustępliwie.
- Ot tak, dla hecy
- Czego?
- Hecy, hucpy!
- Nie słyszę!
- Dla szpasu! - wrzeszczą młodzi ile sił w płucach.
Palikot jest zadowolony. Daje znak Tarasowi, ten otwiera bagażnik limuzyny. Można zaczynać.
Godz. 12
Młodzi stoją w szyku z karabinami maszynowymi. Są jeszcze bardziej niespokojni i wściekli, ale wiedzą, że już wkrótce ich gniew znajdzie ujście. Jeden z nich nerwowo zabezpiecza i odbezpiecza broń, rytmicznie. Jego sąsiad z szyku daje mu potężny cios pięścią w twarz, by się uspokoił.
Dominik Taras z bagażnika limuzyny wyciąga jeszcze dwie rozkładane makiety. Jedna z nich ma na sobie podobiznę Jarosława Kaczyńskiego, druga: Stanisława Dziwisza.
- Przyniosłem dla was mały prezent - mówi polityk z uśmiechem. - wiecie, co się stanie, jeżeli pocisk kalibru 7.62 mm wejdzie w spasiony, biskupi brzuch?
- Nie, panie przewodniczący!
- Brzucho pęknie!
Śmiech. Młodzież wyciąga broń i zaczyna strzelać pełnymi seriami. Jeden krzyczy "Full Auto, skurwysynu, Full Metal Jacket!". Po chwili wymiotuje. Koledzy patrzą na niego z niepokojem. "Znowu przedawkowałeś narkotyki, Student, znowu za dużo dragów" - stwierdza krytycznie jego sąsiad i pluje mu na plecy. Potem ku uciesze kolegów imituje ruchami dokonanie lufą karabinu gwałtu analnego na wymiotującym.
Godz. 13
Strzelanina trwa w najlepsze. Z makiet niewiele już zostało. Dominik Taras robi "rundki" między nielegalną strzelnicą a limuzyną - to nowe dostawy amunicji. Jeden ze strzelających, zamroczony, nie trafia; Palikot gasi mu na szyi papierosa z upomnieniem, by ten bardziej uważał.
Jeden ze strzelających - "Pecet" - nie wytrzymuje i w narkotycznej furii biegnie do makiety z podobizną Jarosława Kaczyńskiego, przepełniony nienawiścią zaczyna ją opluwać i okładać pięściami. Trafia na celowniki kolegów, ci nie przestają strzelać. Palikot krzyczy do nich, jego głos przebija się przez rumory młodzieżowych bacchanaliów: "No to teraz mamy 1:0 dla Kaczora!". Młodzież świetnie się bawi, lubią polityka. Nikt już o "Pececie" nie pamięta.
Godz. 22
Limuzyna. Palikot trzyma drżącą dłoń na swoim telefonie komórkowym. Za chwilę ma odebrać ważny telefon. Wzdycha, z kieszeni marynarki wyciąga piersiówkę, bierze solidnego łyka. Rozlega się dzwonek telefonu. Odbiera.
- Я хотел бы купить собаку, Леонбергер лучших ...
- Da. - odpowiada polityk i naciska "czerwoną słuchawkę". Bierze jeszcze jednego łyka z piersiówki i dodaje do siebie:
- Wszystko, Władziu, załatwione.
Wybrane recenzje:
"Porażająca... Niesamowita."
New York Review
"Laudberg nadzwyczajnie żongluje pojęciami [...] tworzy powtarzalny schemat mordu na tle politycznym, którego poznanie każdy z nas jest sobie winien"
Slate.com
"Pisarka z Polski zrobiła to, co [Amerykanom] nie udało się od dawna - stworzyła bezkompromisowe dzieło w służbie brutalnej i kompletnie skazanej na porażkę politycznej gry [...] tutaj trup ściele się tak gęsto, jak pozwy sądowe."
Bloomberg.com
"Wytoczyłem p. Laudberg proces [...]"
Janusz Palikot
Fragment tekstu opublikowany za zgodą autorki:
Godz. 4
Polana w okolicach Sękocina. Nadjeżdża czarna limuzyna, za nią samochód dostawczy. Otwierają się okna samochodu dostawczego, roznosi się głośna, agresywna muzyka. Słychać krzyki. W limuzynie Janusz Palikot patrzy na Dominika Tarasa, wzdycha. Sięga po telefon komórkowy. Po chwili zastanowienia oddaje go szoferowi. Obaj wychodzą.
Godz. 5
W samochodzie dostawczym wrzawa. Palikot podaje niewidocznym osobom walizkę z nieznaną zawartością przez szybę. Ponownie słychać ze środka krzyki. Polityk odchodzi od vana, po chwili jednak decyduje się wrócić, siada na pobliskim pieńku i wyciąga telefon. Robi interesy.
Drzwi samochodu dostawczego otwierają się z wielkim hukiem. Palikot jest do tego przyzwyczajony. Kończy rozmowę biznesową, wstaje i pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku wozów. Z vana wysiada duża grupa młodych mężczyzn. Krzyczą, przepychają się, są niespokojni. Jeden z nich przy wysiadaniu upada na ziemię, nie chce wstać, gryzie kolegów po łydkach. Palikot kopie go w brzuch, młody człowiek wstaje. Na jego białym podkoszulku widać ślady zaschniętych wymiocin, na szyi ma wytatuowane dwie błyskawice - symbol "SS". Polityk odchodzi z Tarasem na bok, rozmawiają. Młodzi są niespokojni, zaczynają się znowu przepychać, któryś wyciąga nóż; na szczęście już zaraz ma się rozpocząć Sesja.
Godz. 8
Palikot zdejmuje marynarkę.
Godz. 9
Młodzi stoją w szeregu. Co i raz któryś z nich wyciąga z kieszeni torebkę z białym proszkiem, zaciąga się. Wszyscy mają przekrwione oczy i ledwo stoją na nogach. Kilku z nich ma problem - w kącikach ust zaczyna im się pojawiać biała piana. Koledzy pomagają: wycierają pianę, potem dłonie wycierają w spodnie. Czekają, co powie im Janusz. Ten milczy; polityk założył ręce na piersi i czeka, Dominik Taras stoi obok niego. Również milczy. Chłopcy wiedzą, że ich trening dopiero się zaczął.
Godz. 10
U młodych z wielką siłą pojawiają się skutki zażytych substancji. Są agresywni, nie mogą ustać, krzyczą. Jeden tarza się na ziemi, inni zaczynają biegać w miejscu. Palikot uśmiecha się i daje ruch ręką. To jest to, na co młodzież czekała: wszyscy stają w idealnym szyku, w wielkiej koncentracji. Zapada głucha cisza.
- Co jest waszym celem? - pyta biznesmen z Lublina.
- Ujebać Kaczora - odpowiada chóralnie młodzież.
- Po co to chcecie zrobić? - dopytuje się nieustępliwie.
- Ot tak, dla hecy
- Czego?
- Hecy, hucpy!
- Nie słyszę!
- Dla szpasu! - wrzeszczą młodzi ile sił w płucach.
Palikot jest zadowolony. Daje znak Tarasowi, ten otwiera bagażnik limuzyny. Można zaczynać.
Godz. 12
Młodzi stoją w szyku z karabinami maszynowymi. Są jeszcze bardziej niespokojni i wściekli, ale wiedzą, że już wkrótce ich gniew znajdzie ujście. Jeden z nich nerwowo zabezpiecza i odbezpiecza broń, rytmicznie. Jego sąsiad z szyku daje mu potężny cios pięścią w twarz, by się uspokoił.
Dominik Taras z bagażnika limuzyny wyciąga jeszcze dwie rozkładane makiety. Jedna z nich ma na sobie podobiznę Jarosława Kaczyńskiego, druga: Stanisława Dziwisza.
- Przyniosłem dla was mały prezent - mówi polityk z uśmiechem. - wiecie, co się stanie, jeżeli pocisk kalibru 7.62 mm wejdzie w spasiony, biskupi brzuch?
- Nie, panie przewodniczący!
- Brzucho pęknie!
Śmiech. Młodzież wyciąga broń i zaczyna strzelać pełnymi seriami. Jeden krzyczy "Full Auto, skurwysynu, Full Metal Jacket!". Po chwili wymiotuje. Koledzy patrzą na niego z niepokojem. "Znowu przedawkowałeś narkotyki, Student, znowu za dużo dragów" - stwierdza krytycznie jego sąsiad i pluje mu na plecy. Potem ku uciesze kolegów imituje ruchami dokonanie lufą karabinu gwałtu analnego na wymiotującym.
Godz. 13
Strzelanina trwa w najlepsze. Z makiet niewiele już zostało. Dominik Taras robi "rundki" między nielegalną strzelnicą a limuzyną - to nowe dostawy amunicji. Jeden ze strzelających, zamroczony, nie trafia; Palikot gasi mu na szyi papierosa z upomnieniem, by ten bardziej uważał.
Jeden ze strzelających - "Pecet" - nie wytrzymuje i w narkotycznej furii biegnie do makiety z podobizną Jarosława Kaczyńskiego, przepełniony nienawiścią zaczyna ją opluwać i okładać pięściami. Trafia na celowniki kolegów, ci nie przestają strzelać. Palikot krzyczy do nich, jego głos przebija się przez rumory młodzieżowych bacchanaliów: "No to teraz mamy 1:0 dla Kaczora!". Młodzież świetnie się bawi, lubią polityka. Nikt już o "Pececie" nie pamięta.
Godz. 22
Limuzyna. Palikot trzyma drżącą dłoń na swoim telefonie komórkowym. Za chwilę ma odebrać ważny telefon. Wzdycha, z kieszeni marynarki wyciąga piersiówkę, bierze solidnego łyka. Rozlega się dzwonek telefonu. Odbiera.
- Я хотел бы купить собаку, Леонбергер лучших ...
- Da. - odpowiada polityk i naciska "czerwoną słuchawkę". Bierze jeszcze jednego łyka z piersiówki i dodaje do siebie:
- Wszystko, Władziu, załatwione.
SZCZEGÓŁY SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE.
Subscribe to:
Posts (Atom)



