Tuesday, August 9, 2011

Political Fiction

Poruszony doniesieniami o planowanym zamachu na jednego z prominentnych polityków państwa polskiego zdecydowałem się napisać thrillera politycznego pt. "72'h' - 72 godziny". Książka to literacko-dziennikarska interpretacja materiału, który otrzymałem z zaufanych źródeł i będzie dostępna już wkrótce w sprzedaży w wybranych punktach detalicznych; zatroskani o moje życie przyjaciele i bliscy współpracownicy poradzili mi, bym publikował pod pseudonimem.




Wybrane recenzje:

"Porażająca... Niesamowita."
New York Review

"Laudberg nadzwyczajnie żongluje pojęciami [...] tworzy powtarzalny schemat mordu na tle politycznym, którego poznanie każdy z nas jest sobie winien"
Slate.com

"Pisarka z Polski zrobiła to, co [Amerykanom] nie udało się od dawna - stworzyła bezkompromisowe dzieło w służbie brutalnej i kompletnie skazanej na porażkę politycznej gry [...] tutaj trup ściele się tak gęsto, jak pozwy sądowe."
Bloomberg.com

"Wytoczyłem p. Laudberg proces [...]"
Janusz Palikot

Fragment tekstu opublikowany za zgodą autorki:

Godz. 4
Polana w okolicach Sękocina. Nadjeżdża czarna limuzyna, za nią samochód dostawczy. Otwierają się okna samochodu dostawczego, roznosi się głośna, agresywna muzyka. Słychać krzyki. W limuzynie Janusz Palikot patrzy na Dominika Tarasa, wzdycha. Sięga po telefon komórkowy. Po chwili zastanowienia oddaje go szoferowi. Obaj wychodzą.

Godz. 5
W samochodzie dostawczym wrzawa. Palikot podaje niewidocznym osobom walizkę z nieznaną zawartością przez szybę. Ponownie słychać ze środka krzyki.  Polityk odchodzi od vana, po chwili jednak decyduje się wrócić, siada na pobliskim pieńku i wyciąga telefon. Robi interesy. 

Godz. 7
Drzwi samochodu dostawczego otwierają się z wielkim hukiem. Palikot jest do tego przyzwyczajony. Kończy rozmowę biznesową, wstaje i pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku wozów. Z vana wysiada duża grupa młodych mężczyzn. Krzyczą, przepychają się, są niespokojni. Jeden z nich przy wysiadaniu upada na ziemię, nie chce wstać, gryzie kolegów po łydkach. Palikot kopie go w brzuch, młody człowiek wstaje. Na jego białym podkoszulku widać ślady zaschniętych wymiocin, na szyi ma wytatuowane dwie błyskawice - symbol "SS". Polityk odchodzi z Tarasem na bok, rozmawiają. Młodzi są niespokojni, zaczynają się znowu przepychać, któryś wyciąga nóż; na szczęście już zaraz ma się rozpocząć Sesja.

Godz. 8
Palikot zdejmuje marynarkę.

Godz. 9
Młodzi stoją w szeregu. Co i raz któryś z nich wyciąga z kieszeni torebkę z białym proszkiem, zaciąga się. Wszyscy mają przekrwione oczy i ledwo stoją na nogach. Kilku z nich ma problem - w kącikach ust zaczyna im się pojawiać biała piana. Koledzy pomagają: wycierają pianę, potem dłonie wycierają w spodnie. Czekają, co powie im Janusz. Ten milczy; polityk założył ręce na piersi i czeka, Dominik Taras stoi obok niego. Również milczy. Chłopcy wiedzą, że ich trening dopiero się zaczął.

Godz. 10
U młodych z wielką siłą pojawiają się skutki zażytych substancji. Są agresywni, nie mogą ustać, krzyczą. Jeden tarza się na ziemi, inni zaczynają biegać w miejscu. Palikot uśmiecha się i daje ruch ręką. To jest to, na co młodzież czekała: wszyscy stają w idealnym szyku, w wielkiej koncentracji. Zapada głucha cisza.

- Co jest waszym celem? - pyta biznesmen z Lublina.
- Ujebać Kaczora - odpowiada chóralnie młodzież.
- Po co to chcecie zrobić? - dopytuje się nieustępliwie.
- Ot tak, dla hecy
- Czego?
- Hecy, hucpy!
- Nie słyszę!
- Dla szpasu! - wrzeszczą młodzi ile sił w płucach.

Palikot jest zadowolony. Daje znak Tarasowi, ten otwiera bagażnik limuzyny. Można zaczynać.

Godz. 12
Młodzi stoją w szyku z karabinami maszynowymi. Są jeszcze bardziej niespokojni i wściekli, ale wiedzą, że już wkrótce ich gniew znajdzie ujście. Jeden z nich nerwowo zabezpiecza i odbezpiecza broń, rytmicznie. Jego sąsiad z szyku daje mu potężny cios pięścią w twarz, by się uspokoił.

Dominik Taras z bagażnika limuzyny wyciąga jeszcze dwie rozkładane makiety. Jedna z nich ma na sobie podobiznę Jarosława Kaczyńskiego, druga: Stanisława Dziwisza.

- Przyniosłem dla was mały prezent - mówi polityk z uśmiechem. - wiecie, co się stanie, jeżeli pocisk kalibru 7.62 mm wejdzie w spasiony, biskupi brzuch?
- Nie, panie przewodniczący!
- Brzucho pęknie!

Śmiech. Młodzież wyciąga broń i zaczyna strzelać pełnymi seriami. Jeden krzyczy "Full Auto, skurwysynu, Full Metal Jacket!". Po chwili wymiotuje. Koledzy patrzą na niego z niepokojem. "Znowu przedawkowałeś narkotyki, Student, znowu za dużo dragów" - stwierdza krytycznie jego sąsiad i pluje mu na plecy. Potem ku uciesze kolegów imituje ruchami dokonanie lufą karabinu gwałtu analnego na wymiotującym.

Godz. 13
Strzelanina trwa w najlepsze. Z makiet niewiele już zostało. Dominik Taras robi "rundki" między nielegalną strzelnicą a limuzyną - to nowe dostawy amunicji. Jeden ze strzelających, zamroczony, nie trafia; Palikot gasi mu na szyi papierosa z upomnieniem, by ten bardziej uważał.

Jeden ze strzelających - "Pecet" - nie wytrzymuje i w narkotycznej furii biegnie do makiety z podobizną Jarosława Kaczyńskiego, przepełniony nienawiścią zaczyna ją opluwać i okładać pięściami. Trafia na celowniki kolegów, ci nie przestają strzelać. Palikot krzyczy do nich, jego głos przebija się przez rumory młodzieżowych bacchanaliów: "No to teraz mamy 1:0 dla Kaczora!". Młodzież świetnie się bawi, lubią polityka. Nikt już o "Pececie" nie pamięta.

Godz. 22
Limuzyna. Palikot trzyma drżącą dłoń na swoim telefonie komórkowym. Za chwilę ma odebrać ważny telefon. Wzdycha, z kieszeni marynarki wyciąga piersiówkę, bierze solidnego łyka. Rozlega się dzwonek telefonu. Odbiera.

Я хотел бы купить собаку, Леонбергер лучших ...
- Da. - odpowiada polityk i naciska "czerwoną słuchawkę". Bierze jeszcze jednego łyka z piersiówki i dodaje do siebie:
- Wszystko, Władziu, załatwione.


SZCZEGÓŁY SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE.

Polityka migracyjna

Źródło: abc.net.au
Przyjaźń z drugim człowiekiem przed pełnym rozkwitem musi przejść przez wiele etapów, często bardzo mocno rozłożonych w czasie. Najpierw jest pierwsze poznanie, kilka kontrolowanych rozmów na neutralne tematy połączonych z konstatacją, że rozmowa na neutralne tematy z tym człowiekiem przynosi lepsze rezultaty niż zwykle, że ogólnie jest bardzo przyjemnie. Potem kształtuje się większa nić porozumienia; tematy neutralne zaczynają ustępować osobistym lub abstrakcyjnym. Zmienia się też język, kształtuje się pewna wspólna forma, konwencja: pojawiają się wspólne skróty myślowe, wspólne anegdoty, do których przywołania wystarcza kilka słów. Padają słowa, które skierowane do innych ludzi mogłyby być towarzyskim samospaleniem, a między wierszami pojawia się wzajemna troska, więź emocjonalna. Tak to się rozwija - czasami kilka miesięcy, czasami kilka lat - aż w końcu znajomość osiąga wreszcie pułap przyjaźni.

Przeważnie jednak - i całe szczęście, bo mieć zbyt wielu przyjaciół mogłoby się okazać destruktywne - znajomości zatrzymują się na którymś etapie wcześniej.  Często mylnie nazywamy przyjaciółmi ludzi, którzy są naszymi friendsami, czy też (jeżeli odrzucić barbaryzację języka) kolegami. To ludzie, z którymi dobrze nam się spędza czas i z którymi nieźle się porozumiewamy, ale to nie są ludzie, którym - że posłużę się pewnym antycznym przypadkiem - nie zapiszemy w testamencie nic a których jeszcze obarczymy obowiązkiem zrobienia nam godnego pochówku i opieki nad osieroconą rodziną wiedząc, że nie będzie to niczym dziwnym i że druga strona zrobiłaby bez wahania to samo, że to największy akt zaufania.

Widzę w polityce migracyjnej opartej na multikulturalizmie potężny szkopuł, mianowicie ignoruje te dość proste i banalne mądrości, które wysmarowałem powyżej a które łatwo da się przełożyć na grunt narodowy. Bo czy tego chcemy czy nie, czy fenomen narodu jawi się nam jako wartość dodatnia czy nie - musimy zaakceptować (a przynajmniej przyjąć do wiadomości), że jak Europa długa i szeroka jesteśmy wytworem systemów edukacji, które zaszczepiają nam silną tożsamość narodową. Nawet jeżeli część tej tożsamości wypieramy, to przeważnie pozostaje nietkniętym przywiązanie do miejsca, do naszego swojskiego "tutaj". Skonstruowane w innych czasach, mające na celu dać nam motywację do obrony terytorium gdyby pojawił się nawet najlepszy i zmieniający wszystko na korzyść najeźdźca.

Wystawmy sobie teraz, że mamy sobie swoje mieszkanie i nagle pojawia się w nim kilkoro totalnie obcych ludzi. Nawet jeżeli część z nich byłaby bardzo sympatyczna, nawet jeżeli w innych okolicznościach moglibyśmy się z nimi zaprzyjaźnić i powierzać im swój pochówek - w tej sytuacji zaczynamy mimo woli widzieć ich jak intruzów, którzy wdarli się do naszej twierdzy i zagarniają nasze dobra. Zaprzyjaźnienie się z intruzem i wrogiem, z kolei, to bardziej syndrom sztokholmski niż otwartość czy cokolwiek chwalebnego.

Z migrantami, jak sądzę, nie chodzi o to skąd przychodzą o ile nie ma jakichś silnych komplikacji historycznych. Chodzi o to, że przyszło ich za dużo i zbyt szybko. Polak, oczywiście, ma w Anglii pewną przewagę, bo też i Polska nie jest tak odległa i tak obca jak inne rejony - ale nie jest to przewaga wystarczająca, by zupełnie nie budził frustracji. Co najwyżej łatwiej jest go strawić i z racji wspólnych elementów kultury łatwiej mu się dostosować i dostosowywać do siebie innych.

Gdyby w tym, co rozumiemy jako nasz 'dom' pojawił się jeden obcy łatwiej byłoby pokonać stres i zacząć się dogadywać - albo ktoś z naszej "rodziny" by to zrobił i przekonał nas, że warto spróbować. Zarazem łatwiej byłoby zaakceptować kolejnego przybysza. Jeżeli jednak obudzimy się w towarzystwie sześciu zupełnie obcych osób to tuszę, że nawet najbardziej tolerancyjna i otwarta osoba prędzej czy później zaczęłaby kombinować jak można byłoby się ich pozbyć - może nawet z czasem zaczęłaby się w tym kontekście upodabniać do tamtej nieszczęsnej postaci z portfolio Jacka Fedorowicza. To jest całe moje zdanie - że polityka migracyjna była częściowo efektem dziwnej zbiorowej halucynacji ideologicznej a częściowo oparta o dziwne ekonomiczne statystyki lub miraż 'taniej siły roboczej, która zrobi swoje i odejdzie' jak to było z Turkami w Niemczech.  Zbyt mało uwagi, natomiast, poświęcono pewnym prostym mechanizmom, które łatwo mogą sprawić, że ukochane zielone PKB stanie się czerwonym PKB, a na rysunku symboliczny czarny chłopczyk z białym chłopczykiem zamiast trzymać się za rączki palą papierosy i okładają się po mordach przy akompaniamencie stukotu policyjnych pał o policyjne tarcze.

Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie kolej na Polskę, to granice będą otwierane powoli i z rozmysłem, tak, żeby kolejni migranci przychodzili już na wyklepany przez obie strony grunt i żeby spięć było możliwie najmniej. A co mają zrobić te kraje, dla których już jest na to za późno i które muszą sobie poradzić z tym, że konflikt wewnątrz społeczeństwa coraz bardziej wymyka się im spod kontroli? Odpowiem uczciwie: nie mam zielonego pojęcia. Co wiem, to że politycy bezpośrednio zainteresowani też nie mają.

Saturday, August 6, 2011

Andrzej Lepper nie żyje


Start bloga zbiegł mi się przykro ze śmiercią Andrzeja Leppera. Był to zdecydowanie jeden z najbarwniejszych polskich polityków i zasługuje na pewne podsumowanie.

Nie ma chyba sensu wchodzenie w poszczególne wątki z jego kariery czy kreślenie jakiejś linii życia jego partii. Seksafery, procesy, rezerwy NBP czy szczegóły zgubnego mariażu politycznego z PiS są dobrze znane - być może na tyle dobrze właśnie, zbyt dobrze, że człowiek ten zdecydował się na samobójstwo. Tak przynajmniej sugerują niektórzy jego bliscy i współpracownicy. Mnie samego wiadomość o samobójstwie zszokowała nieco, bo też i w życiu nie przypuszczałem, że Lepper jest człowiekiem o fakturze umysłu dopuszczającej taki czyn. Rzecz jasna, wszelkie możliwości mordu na tle politycznym z zasady wykluczam - Polska to nie, na Boga, Bizancjum i nie USA, a Lepper się dodatkowo od kilku lat już nie liczył. Jedyny foul play jaki wchodzi w grę to ewentualne porachunki mafijne, a to też przecież nędznie uargumentowana i mało chlubna spekulacja.

Spróbuję pokrótce ująć trzy różne strony tego polityka. To coś w rodzaju wstępu do metalepperyki; mam wrażenie, że przedrostek "meta" z Lepperem wiązał się tylko jakoś w kontekście populizmu, a to kontekst nudny, jałowy i wybrakowany w zakresie definicji pojęć podstawowych.

*Lepper Niebezpieczny
Samego nieboszczyka zawsze umiejscawiałem na jednej politycznej półce z Januszem Korwin-Mikke. Obaj, póki zmarginalizowani, jawili mi się jako wartość dodatnia, ale obaj w przypadku wzrostu sympatii wyborców mogliby się okazać niebezpieczni. Dopóki pewne działania na scenie politycznej trzymają się poziomu gry i manipulacji a radykalne lub nazbyt cukierkowe wizje są roztaczane przed publiką z makiawelicznym uśmiechem - dopóty, chociaż kontrowersyjnie to brzmi, wszystko jest w porządku. Problem w tym, że JKM rzeczywiście usiłowałby wcielać swój społeczny darwinizm w życie, a obstrukcje i destrukcje Leppera nie skończyłyby się wraz z osiągnięciem celu a najprawdopodobniej przekształciłyby się w nowotwór uniemożliwiający prowadzenie jakiejkolwiek realnej polityki a który mógłby zostać wycięty dopiero przy okazji jakiegoś parszywego kryzysu. Działania podjęte przy pomocy rozsypywania zboża niewiele się różnią od działań podpartych państwowym rozdawnictwem zboża; deformacja postępuje póki nie okazuje się, że zboża już nie ma, a na ulicy jest wściekły tłum, tym wścieklejszy, że przy okazji braku zboża wyszedł na jaw brak działań. Warto się nad tym zastanowić i warto pamiętać przy okazji zastanowienia parlamentarne 10% uzyskane przez Samoobronę w 2001 roku i prezydenckie 15% Leppera cztery lata później.

Niebezpieczeństwo było też ściśle związane z dyzmiką Leppera:


*Lepper Dyzmiczny
Lepper zawsze wydawał mi się człowiekiem, który zbyt szybko chciał zabrnąć za wysoko, być może z tytułu hybris, być może po prostu z tytułu niekompetencji. Samoobrona nie zdołała się przecież dobrze zorganizować nawet na szczeblu samorządowym, co powinno być domeną partii "chłopskiej" - wystarczy porównać sytuację z PSLem, który utrzymując na arenie krajowej low profile gościnnych ust realizuje się poprzez dobrze zorganizowane struktury lokalne. 16% poparcia Samoobrony w 2002 skurczyło się do 5% cztery lata później, by w wyborach w 2010 ponieść sromotną klęskę. Wynik ten jest dość znamienny, bo w kwestii wyborów samorządowych mniejsze znaczenie teoretycznie powinny mieć wszystkie afery i negatywny PR w  mediach. Po świetnym wyniku z 2002 nie udało się partii zbudować solidnego zaplecza; częściowo odpowiedzialność za to na pewno ponosi kierownictwo, które po osiągnięciu zadziwiająco dobrego wyniku powinno było się nieco przygarbić i po cichu budować twardy elektorat tam, gdzie kamery nie zaglądają.

Dyzmika dynamiki Leppera kończy się tam, gdzie Dyzma zrobił krok do tyłu; Krzepicki nie wystarczy premierowi, a Tymochowicz nie wystarczy człowiekowi znikąd, który na ledwo co zbitej paroma gwoździkami tratwie próbuje wypłynąć na szerokie wody polityki. Utonął sam i utonęła jego partia, a niebezpieczeństwo polegało na tym, że potopić się mogło znacznie więcej.


*Lepper Demokratyczny
Wspomniałem na początku, że upatrywałem w Lepperze wartości dodatniej dopóki ten trzymał się politycznego marginesu. Ktoś kiedyś nazwał go w prasie "Herosem PGRów"; chociaż intencje za ukuciem tej nazwy były brzydkie a autor się w artykule wyzłośliwiał ile wlezie, to ciężko nie zauważyć, że przez jakiś czas pełnił w powszechnym zrozumieniu rolę przedstawiciela różnych sfrustrowanych ludzi z ciężko dotkniętej prowincji, o których poza kręgami kawiarnianej lewicy i poza łamami niektórych bardziej lewoskrętnych czasopism wspomina się rzadko. Ciężko dziś o polityka, który tak bardzo byłby utożsamiany z grupą, którą reprezentuje, nawet jeżeli ta reprezentacja jest z grubsza fikcyjna - sam chciałbym mieć takiego Leppera, tyle, że w wersji dla młodych z wielkich miast. Chciałbym, nawet jeżeli bym na niego w życiu nie zagłosował.

Inną rzeczą jest koloryt, osobowość i zwiększenie pluralizmu. Wartością dziwów politycznych jest to, że często gdy nikt z mainstreamu nie waży się pewnych rzeczy powiedzieć głos ku powszechnemu zadowoleniu lub powszechnej irytacji zabiera polityczny dziw. Gdyby nie Korwin-Mikke pewne drapieżnie liberalne koncepcje w ogóle nie byłyby omawiane poza akademią, gdyby nie Palikot nie byłoby polityka, który pokazałby opinii publicznej wibrator czy otwarty atak na kler, gdyby nie nieboszczyk wieś jeszcze bardziej zepchnięta byłaby pod dywan, niż jest obecnie.

Przychodzi mi do głowy jeszcze jedno - nie było, nie ma i możliwe, że nie będzie już w młodej polskiej demokracji drugiego tak wyrazistego przykładu politycznego self-made mana jak Andrzej Lepper. To już siłą rzeczy zmusza mnie do wspominania go z pewnym szacunkiem.





**************************************





PS Przy okazji polecam link z KP:
http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/GdulaSamotnasmiercLeppera/menuid-1.html

Nie tyle sam - rzeczywiście salonowo mętny z charakteru - tekst Gduli, co momentami prześmieszne komentarze, szczególnie monikera "a.a/b.b", który poetycko (i do tej pory nie wiem, czy żartobliwie) wychwala krwistego Leppera rzucającego się na dziesięciu policjantów, co chwila przy tym znieważając estetycznie jasną i inteligencką cerę wydelikaconego autora-chłopomana.

anemika, suchoty i grzecznosc z nowego zaświatu to nie estetyka. estetyka to to
lepper rzucajacy sie na 10 policjantow. zmyslowoscia porazal zatechle
miesczanstwo. czerona krwista twarz prawdziwego czlowieka, a nie blade oblicze inteligenta.
      


anemika suchoty:
  grzeczność; on
zmysłowością 
porażał 
zatęchłe  
mieszczaństwo. 







Nie zdziwiłoby mnie, gdyby KP podstawiało Jasia Kapelę do pisania takich komentarzy celem ożywienia. Jeśli trafiłem: jogi babu, brawo Jaś!


Saturday, July 2, 2011

Słuszność i Polskość


Data publikacji posta jest datą publikacji na Mania Variosa

Temat gruby, temat trudny i brutalnie współczesny.

Czytam od jakiegoś czasu Tekę 22-23 Pressji. Wydawnictwo na naprawdę przyzwoitym poziomie; szczerze polecam niezależnie od preferencji politycznych. Mimo bycia delikatnie prawoskrętnym pismo zachowuje godny pochwały dystans i unika zacietrzewienia charakterystycznego dla wielu periodyków z obu osi politycznego spektrum. Jednocześnie unika problemu innych periodyków pozbawionych zacietrzewienia, to jest: potrafi stawiać mocne i wyraziste tezy.

Przyzwoity język, przyzwoity poziom dyskusji i często akademicki poziom etyki myślenia i wyrażania myśli sprawiają, że mimo, że z kilkoma tezami Krakusów się nie zgadzam, to będę intensywnie działał w intencji zdobycia pozostałych numerów, szczególnie najświeższego - teka 24 nosi kontrowersyjny tytuł "zabiliśmy proroka", a jej myślą przewodnią jest sensowna obserwacja, że z przesłania JP2 ostały się nam jeno kremówki wadowickie i kilka anegdot, jaki to dobry człowiek był, mało pił a przy tym odznaczał się poczuciem humoru mimo stanu kapłańskiego.

Dygresja promocyjna na bok. Co widać na załączonym obrazku - tytuł teki brzmi "Polska ejdetyczna". Pytanie o naturę polskości (co naturalnie łączy się z wątkami o naturze narodu) przewija się przez sporą część pisma. Zaciekawiło mnie jednakże, że nie pada pytanie "a jakiego Polaka byśmy chcieli?". Pytania "czym Polak jest", "czym jest polskość" są, oczywiście, ważne - sądzę też (aczkolwiek wymaga to ode mnie powzięcia pewnych założeń przy odpowiedzi na drugie z wymienionych pytań), że warto zadawać pytanie "czym Polak powinien być i do czego dążyć". Jeżeli potraktujemy Polaka i polskość jako abstrakcyjne (a zatem kowalne) konstrukty, to z miejsca nasuwa się przypuszczenie, że na kształt tego konstruktu - na kształt wyobrażeń o Polaku - możemy wpływać,  co ostatecznie ma wpływ na charakter wspólnoty opartej o polskość.

Nie mam, rzecz jasna, na myśli dość prymitywnych manipulacji widocznych na rodzimej arenie politycznej. Mam na myśli zadanie pytania o stworzenie dla Polaka narracji, wytyczania mu kierunku. To pomysł mało współczesny, skażony (albo, jak kto woli - ubogacony) charakterystyczną dla XIX wieku arogancją wypaloną w połowie wieku ubiegłego, przejawiającą się przekonaniem o wszechmocy człowieka; sądzę jednak, że współcześni intelektualiści tej arogancji mają trochę za mało. Ciężko mi wskazać współczesnego intelektualistę, który miałby tupet proponować jawne tworzenie nowej myśli przewodniej, a który jednocześnie nie byłby fanatykiem lub nieszczęsnym obłąkańcem - pozostali z kolei albo zachowują bierność ograniczając się do zwykłych obserwacji, albo odgrzewają skazane na porażkę intelektualne kotlety o charakterze regresywnym. Pierwsi rzadko kiedy rozciągają swoje wpływy poza kręgi akademickie, drugich nikt już prawie nie chce słuchać.

Jako że jesteśmy, zarówno jako Zachód jak i jako Polska w okresie tożsamościowej transformacji warto zadać sobie takie pytanie: czym chcemy, by Polak się stał, jaka droga rozwoju czy przemian będzie dla niego słuszna. W jaki sposób ma czerpać z tradycji i jak ma na niej budować, a jak wartościować wpływy obcych kultur?  Do czego powinien dążyć, jakie stawiać sobie cele? Co jest telosem polskości i Polaka? Czy rzeczywiście słuszny jest swobodny dryf, w który popadliśmy? Co jeżeli jedyne, do czego doprowadzi, to do dekadencji w rozkapryszonym materializmie?

A może w ogóle Polak powinien przestać być Polakiem - może taka droga byłaby dla niego słuszna, słuszna byłaby zupełnie inna tożsamość o innej nazwie i innych składowych. Nie bójmy się szermować słusznością, bo i jasne jest, że rozpatrywanie takich słuszności w kategoriach rzeczywiście obiektywnych nie ma racji bytu. Być może jest tak, że w bezkrólewiu potrzebujemy właśnie agonu, który wytworzyłby się w wyniku starcia rozmaitych słuszności o różnych siłach - tymczasem nawet skrajne opcje polityczne jedyne co robią, to pieją na grzędzie; nawet one nie przypisują sobie w intelektualnie konfrontacyjny sposób słuszności i cieszą się dryfowaniem w swoich ciepłych kurwidołkach. Co za czasy, jeżeli nawet komuniści czy faszyści nie próbują mnie przekonać o swojej słuszności. Kiedy widzę jakieś ulotki czy witryny internetowe nie widzę argumentów, nie widzę próby perswazji - jedyne co widzę, to grupę ludzi, która mogłaby mnie interesować jedynie wtedy, gdybym już do niej należał. Tak to wszyscy w samozadowoleniu siedzimy rozdzieleni od siebie, a ja chciałbym solidnego kotła.

W ramach choćby ćwiczenia intelektualnego zadajmy sobie pytanie: jaki jest cel Polaka, gdzie jest jedynka, do której ma wiecznie (wieczność rozumiana wygodnie, oczywiście) dążyć. Myślę o tym od dwóch dni, i chociaż do żadnej sensownej konkluzji nie doszedłem (bo i ciężkie to zadanie) to sądzę jednak, że gdzieś dojdę - bo dopóki wierzyć w słuszność dopóty istnieją rzeczy słuszne.

Tuesday, March 22, 2011

Brutalny Hołdys

Data publikacji posta jest datą publikacji na stronie internetowej Res Publiki Nowej - http://publica.pl/teksty/brutalny-holdys/


Zbigniew Hołdys się rozsierdził. Wyraził to niedawno we „Wprost” krótkim artykułem Rewolucja Kulturalna, który z kolei rozsierdził mnie. Z jednej strony cieszę się, że kwestię poziomu języka obowiązującego w dyskursie publicznym poruszają nie tylko politycy, z drugiej muszę stanowczo zaprotestować przeciwko nadużyciom, na które pozwolił sobie autor. Twierdzę, że Hołdys – niesłusznie wrzucając problemy z różnych płaszczyzn do jednego gara i zapalczywie je mieszając – dopuścił się dokładnie tego, o co oskarża w zasadzie wszystkich: od polityków przez krytyków i dziennikarzy do użytkowników internetu. Sądzę nawet, że dopuścił się czegoś jeszcze gorszego, bo o ile według Hołdysa wymienieni „mieszają z błotem” konkretne osoby, Hołdys „miesza z błotem” w zasadzie całe społeczeństwo, w dodatku posądzając je o jak najgorsze i najobrzydliwsze z możliwych pobudki: explicite niską zawiść i olbrzymie kompleksy, a implicite – tępotę.
Szczerze współczuję ludziom, którzy doznali poważnych szkód w związku ze zmieniającym się statusem osoby publicznej – bo też, jak sądzę, to ta zmiana jest w gruncie rzeczy problemem. Upatruję jednak tu po prostu metamorfozy, a nie, jak chciałby Hołdys, totalnego upadku i krańcowej degeneracji.
Czytając Rewolucję Kulturalną można odnieść wrażenie, jakbyśmy oddalili się od tych dawnych, dobrych czasów, kiedy to pod przywództwem światłych elit ludzie byli rozumni a języki gładkie i miłe. Dziś mamy rozpasanie; współcześni Alarykowie poniszczyli elity i autorytety, a każdy z nas tylko czeka na okazję, żeby osoby publiczne tarzać w smole i pierzu, cytuję: „obsmarowywać je od góry do dołu” naszym barbarzyńskim gównem, tak jak obsmarowany jest Bardzo Znany (Zbigniewowi Hołdysowi) Człowiek – a wszystko to dlatego, że sami siebie nie znosimy i jesteśmy zawistni w obliczu ludzi zwyczajnie lepszych.
Jest w Rewolucji kilka słusznych uwag, jak na przykład wykazanie zanikania autocenzury także w zinstytucjonalizowanych częściach sfery publicznej takich jak media i polityka, czy trudności w przystosowaniu się osób publicznych do nowych realiów. Nie są jednak te uwagi niczym nowym, a w kontekście całości i tak tracą na znaczeniu. Najciekawsze jest w tym tekście to, że Hołdys robi dokładnie to, co sam atakuje. Pisząc o brutalizacji języka publicznego, sam się brutalizuje; bez najmniejszego wahania uogólnia, szafuje epitetami dokładnie tak jak wszyscy ci, których zwykliśmy nazywać internetowymi napinaczami. „Niszczenie ludzi stało się normą społeczną” – oto brutalny język; jeżeli przyjąć już założenie Hołdysa i zgodzić się, że niszczymy ludzi, to musimy jednocześnie zauważyć, że Hołdys zawstydził nas wszystkich i dopuścił się ludobójstwa.
Autorowi bardzo doskwiera internet. Google, pudelek.pl, wreszcie bezimienny rodzimy Wielki Serwis, który autor porównuje z witryną „New York Times”, wykazując w ten sposób wyższość Zachodu. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby autor miał na myśli wielkie portale typu Wirtualna Polska bądź Onet, bo znam wiele serwisów czasopism (choćby i witrynę czasopisma „Wprost”, na łamach którego ukazał się tekst Hołdysa), gdzie ploteczek o krzywych nogach i alkoholowych libacjach nie znajdziemy. Serwisy plotkarskie z kolei są internetową wersją tabloidów, które – na wyżej cenionym przez autora zachodzie – mają swoją historię. Instytucja paparazzo istnieje tam przecież już od ładnych kilku dekad, a „The Sun”, jeden z najbardziej znanych tabloidów świata, rozpoczął swoją działalność już w 1969 roku.
Czy sam tekst Hołdysa nie wpasowuje się idealnie w specyfikę internetu, w którym drugą stroną medalu skrajnej wolności słowa są tendencje przez niego opisywane? Autor spłyca rzeczywistość, pisze bardzo emocjonalnie i jest swoim skrajnym subiektywizmem usatysfakcjonowany; korzysta z terminologii zaczerpniętej z nauk społecznych, ale nie podejmuje się próby umieszczenia opisywanych zjawisk w kontekście, do których ta terminologia niejako zobowiązuje. Wiele osób robi dokładnie to samo na forach internetowych czy w komentarzach na pudelek.pl; różnica polega na tym, że na forum jest to anonimowy człowiek, którego słowa posiadają marginalny wpływ – we „Wprost” mamy do czynienia z człowiekiem powszechnie znanym, publikującym swoje słabo przemyślane, apokaliptyczne wizje gnicia ludzkości na łamach szanowanego czasopisma.
Brak przemyślenia sprawy łatwo jest wykazać. Pobieżna znajomość historii ukaże, że bycie osobą publiczną zawsze było dużym brzemieniem. Wykład Platona prosty lud obśmiał, a Arystofanes ku uciesze gawiedzi jadowicie szydził z Sokratesa; filozofowie z kolei niestrudzenie usiłowali na różne sposoby wykazać niższość poetów czy ludzi teatru. W Rzymie niepoliczalna ilość osób publicznych została zniszczona, czy to przez złośliwe plotki krążące wśród ludu, czy przez polityczne machinacje swoich rywali – można bezpiecznie założyć, że większość z nich sobie na to nie zasłużyła. Wyliczanka historyczna mogłaby trwać długo, dość stwierdzić, że zawsze istniały zarówno złe języki, jak i niewyparzone gęby.
Być może problem Hołdysa z głosem ludu polega na tym, że za PRLu lud głosu zwyczajnie nie miał; osoba publiczna nie musiała się z nim mierzyć. Media były koncesjonowane i cenzurowane, nie istniała agora, za jaką dziś służy w pewnym sensie internet. Komunikaty były bardzo jednostronne – elity mogły coś przekazywać ludowi, ale nigdy nie było komunikatu zwrotnego. Dziś, gdy każdy ma prawo głosu i dostęp do jego cyfrowego wzmocnienia, bycie osobą publiczną stawia takie wymagania, jakie można było zauważyć w antyku – by publicznie zaistnieć, trzeba albo umieć zawładnąć tłumem, albo umieć (i mieć możliwość) go ignorować.
Hołdys skupia się też na autorytetach. Znowu mamy tu tęsknotę do dawnych, dobrych czasów połączoną z romantycznym marzeniem o kimś, kto „pociągnąłby za sobą naród”. Autor nie zastanawia się zupełnie nad tym, że mamy dziś zwyczajnie największy w historii pluralizm poglądów spowodowany największą w historii ilości platform ich przekazywania i największą w historii ich dostępnością. Zanika elitarność różnych dziedzin ludzkiej działalności. Możemy do tego podejść po Gassetowsku i stwierdzić, że ilość zabija jakość; optymista z kolei powie, że coraz głębiej sięga demokratyzacja w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa.
Niezależnie od oceny zjawiska swoisty upadek dotychczasowych autorytetów nie jest jednak wynikiem jakiegokolwiek niszczenia, tylko efektem przemian społecznych, procesów bardzo długofalowych. Jeżeli rzeczywiście Bronisław Wildstein miałby jakąkolwiek moc sprawczą w tej kwestii, to czułbym się zmuszony mu powinszować wybitności; tak wielkie zmiany za sprawą jednej wypowiedzi (czy jednej postaci) byłyby niewątpliwie czymś bezprecedensowym. Autorytety minionych lat muszą się dziś po prostu mierzyć z tym, że wszyscy mamy dostęp do znacznie większej ilości materiałów porównawczych. Nie czyni to, oczywiście, takiego Miłosza gorszym poetą – ale w obliczu setek poetów światowej klasy, do których twórczości dziś możemy uzyskać natychmiastowy dostęp, na pewno traci na wyjątkowości.
Bardzo długo mógłbym dostarczać argumentów obalających ściśle subiektywne tezy Hołdysa, ale wolę zakończyć zaproponowaniem własnej. Być może współczesna zrelatywizowana, wielobiegunowa i hiperreaktywna specyfika sfery publicznej ukształtowała Hołdysa bardziej niż się do tego przyznaje. Decydując się na napisanie Rewolucji Kulturalnej, dostarczył na to aż nadto dowodów – szkoda mi tylko, że podejmując temat rzeczywiście ciekawy, nie narzucił sobie dyscypliny, która pozwoliłaby mu na tę rzeczywistość spojrzeć z perspektywy bardziej interesującej niż jego prywatna emocjonalność.

Monday, March 14, 2011

Każdy może mieć kabriolet


Zjawisko czy fenomen?

Niektórzy twierdzą, że zjawisko ma dosyć duże prawdopodobieństwo występowania. Już od 1995 roku zjawisko ma miejsce, a analitycy notują niepokojący wzrost od 2003 (źródło: GUS); nie ma to, niestety, znaczenia. Brakuje instytucji i wspólnej woli, by zjawisko ulepszyć, a politycy rozkładają ręce. Podczas gdy na Wiejskiej z wokandy nie chce zejść sprawa katastrofy smoleńskiej, władze lokalne tłumaczą, że nie mają dość kompetencji a organizacje pozarządowe zajmują się aktywnie innymi debatami, argumentując, że debaty skutecznie pokrywają debety. Czy jednak nie jest tak, że umywamy ręce, podczas gdy problem jest zamiatany pod dywan?

Musimy podjąć na temat zjawiska publiczną debatę. Nie sposób jest stwierdzić, ile czynników uległoby znaczącej poprawie gdyby doszło do ulepszenia zjawiska; dla pewnych pobieżnych szacunków zupełnie wystarczający jest fakt, że ekonomiści są zgodni co do tego, że 4,5 jest większse od 2,1. Oczywiście w przypadku realizacji różnicy mamy już do czynienia z różnymi sporami. Wacław Krzemiński z warszawskiego Centrum Adama Smitha przypomina, że wolnorynkowe 4,5 waha się w zależności od ekonomicznego casusu, podczas gdy 2,1 może korzystnie wpływać na rozwój socjalu - co szczególnie ważne jest w obliczu dyskusji o OFE i wiążących się z nią społecznych niepokojów. Wszyscy jesteśmy jednak zgodni, że trzeba działać.

Dodatkowy problem stanowi brak społecznej świadomości. Społeczeństwa bardziej rozwinięte, takie jak np. francuskie czy duńskie są bardziej rozwinięte, podczas gdy społeczeństwo polskie dalej zostaje w tyle. Życzliwi obwiniają PRL, mniej życzliwi - polską mentalność, nie zmienia to jednak w ostatecznym rozrachunku nic, a zjawisko zostaje, jak pryszcz rosnący na twarzy nieświadomego nastolatka tuż przed jego pierwszą randką. Ten pryszcz to zapowiedź kryzysu.

W pełni świadom swojej roli społecznej roszczę sobie prawo do orzeczenia, że zjawisko musi zostać ulepszone. Nie będę precyzował przez kogo, ani w jaki sposób; nie interesuje mnie, czy moje słowa wywrą jakikolwiek wpływ. Interesuje mnie tyle jedynie, żeby utrzymać pozory walki i hołdowania etosowi intelektualisty; jeszcze spłycając: interesuje mnie utrzymanie swojego stołka w swoim ciepłym kurwidołku. W przeciwieństwie do kolegów po piórze nie ubrudzę sobie niczym rąk, ja tylko piszę w skupieniu swoje synthesis.

Gdybym był zręczniejszym publicystą, to ostatniemu akapitowi towarzyszyłby żarcik na temat nieudolności władz bądź zabawna metafora czy aluzja łaskocząca wzgórek erudycji. Niestety, uważam żarty ze zjawiska za rzecz wysoce niestosowną. Gdyby zjawisko skoczyło o 3 to każdego stać by było na kabriolet.

Tomasz Andrzejewski

Thursday, February 17, 2011

Obywatel Anon - o UK Uncut

Data publikacji posta jest datą publikacji na stronie internetowej Res Publiki Nowej - http://publica.pl/teksty/obywatel-anon-o-uk-uncut/


Kiedy w Wielkiej Brytanii do władzy doszli Torysi nikt nie miał złudzeń co do tego, że zacznie się zaciskanie pasa i dokręcanie nazbyt poluzowanej śruby sektora publicznego. W opinii wielu komentatorów i mieszkańców to konieczny krok, szczególnie w obliczu skomplikowanej sytuacji ekonomicznej na świecie, a niezaprzeczalnym pozostaje fakt, że w ciągu minionej dekady wydatki Anglików na usługi publiczne zwiększyły się prawie dwukrotnie – od 343 miliardów funtów w roku 2000 do 669 w 20101.
Nikt nie miał złudzeń także co do tego, że zaciskanie pasa wywoła spore niezadowolenie. Naturalnym jest przecież, że nikt nie chce tracić swojego miejsca pracy. Październikowe wystąpienie George’a Osbourne’a, w którym ten ogłosił cięcia opiewające na 83 miliardy funtów wywołało u wielu osób zrozumiały niepokój – przywykliśmy też do tego, że niepokoje tego rodzaju zwykle przekładają się na protesty. Co tu więc warte jest naszej uwagi? Gdyby skończyło się na zwyczajowych pikietach, to mielibyśmy, że pozwolę sobie zacytować ważną postać brytyjskiej historii, business as usual. Zwyczajowych pikiet jednak nie ma. Jest UK Uncut.
Zaczęło się od tego, że wystąpienie Osbourne’a sprowokowało grupkę kilkunastu przyjaciół do działania. Nie występują zwyczajnie przeciw cięciom, chcą wskazać alternatywę – a tą miałoby być konsekwentne ściąganie należności od najbogatszych, z których spora część notorycznie unika płacenia podatków. Gra jest warta świeczki, bo – według wyliczeń zrzeszenia związków zawodowych TUC– coroczne straty budżetu brytyjskiego z tytułu unikania podatków opiewają na ok. 25 miliardów funtów. Do niezbyt szacownego grona ultrazamożnych tax dodgers należą między innymi takie giganty jak korporacja telekomunikacyjna Vodafone (posiadająca sporą część polskiego Plusa) czy bank HSBC, a brak ich wkładu we wspólne dobro zostawia ziejącą dziurę w budżecie. Protestujący wiedząc, że politycy są bezsilni lub niechętni do zdecydowanych działań wobec najbogatszych decydują się wziąć sprawy w swoje ręce – idą blokować jeden ze sklepów sieci Vodafone w centrum Londynu. Promują protest przez internet i serwisy społecznościowe takie, jak Twitter – co sprawia, że forma protestu staje się niespodziewanie popularna. Od października minęło niemalże pół roku, a protesty-blokady nie tylko nie słabną, lecz stają się liczniejsze i silniejsze. Do Guardiana informującego o protestach praktycznie od początku stopniowo przyłączają się inne czasopisma, często wyrażając mniej lub bardziej bezpośrednie poparcie – nawet „Daily Mail”, angielski tabloid po którym można było spodziewać się raczej, że podobnie jak będący na tej samej półce „The Sun” dla wzrostu sprzedaży na temat protestujących zacznie snuć teorie spiskowe. Obecnie stronę internetową UK Uncut śledzą dziesiątki tysięcy ludzi, a ich „action map” kraju jest upstrzony punktami, w których planowane są akcje.
Całą inicjatywę czyni wyjątkową kilka rzeczy: po pierwsze, na uwagę zasługuje fakt, że działania w ramach UK Uncut są w gruncie rzeczy konstruktywne. Nie jest to zwyczajny reakcjonizm – protestujący proponują alternatywne rozwiązanie trapiącego ich problemu, co więcej, podejmują konkretne działania mające to rozwiązanie wprowadzić w życie. Po drugie, protestujący przełamują kilka konwencji i tworzą nową. Daniel Garvin, jeden z inicjatorów w wypowiedzi dla Guardiana zauważa, że stara konwencja maszerowania pod parlament z transparentami i megafonami już się wyczerpała i nie wzbudza poruszenia. W nowej formule protestu widać obudzenie się świadomości obywatelskiej o nowej jakości – dochodzi tu do pokojowego zawłaszczenia tej przestrzeni, która jest wykorzystywana niezgodnie z powszechnie akceptowanymi regułami. Nie ma wybijania szyb czy rewolucyjnych nastrojów, jest prosty i uczciwy postulat – płaćcie podatki tak jak wszyscy.
Po trzecie – co najciekawsze i do czego nawiązuję w tytule artykułu – być może inny element nowej formuły jest zwiastunem nowego rodzaju obywatelstwa. W trzewiach internetu funkcjonuje serwis internetowy 4chan. Każdy użytkownik 4chan zachowuje totalną anonimowość, co czyni z serwisu najbardziej radykalną mekkę wolności słowa w internecie ale i czasami zwyczajnie okropne miejsce. Podziw, lęk i niezrozumienie wśród obserwatorów budzi w 4chanie przede wszystkim fakt, jak ta gigantyczna i niezorganizowana chmara anonimowych (a więc – pozbawiona siłą rzeczy autorytetów wewnątrz grupy) ludzi jest w stanie spontanicznie zebrać się i kolektywnym wysiłkiem osiągnąć coś, co przy użyciu tradycyjnych metod nie mogłoby dojść do skutku, tak jak słynny protest przeciwko scjentologom czy udany atak na usługi MasterCard w ramach wyrażania poparcia dla Juliana Assange’a i jego kontrowersyjnego Wikileaks.
W przypadku UK Uncut mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. Nie ma „przywódcy”, nie ma hierarchicznej struktury podejmującej decyzje i bezwolnych, bezimiennych wspieraczy, których się spędza pod parlament jak to zwykle jest w przypadku tradycyjnych protestów. Wszyscy protestujący UK Uncut paradoksalnie są jednakowo anonimowi, mimo, że przecież nie czynią ze swojej tożsamości tajemnicy. Organizują się przez serwisy typu Twitter czy Facebook i każdy z nich znaczy dokładnie tyle samo, co inny – potwierdza to przytoczony przez Guardiana fakt, że jednej, piętnastoletniej nikomu nieznanej dziewczynie udało się na jeden protest przyciągnąć sześćdziesięciu innych. To protest oparty nie o umierający śmiercią naturalną paradygmat masowości lecz właśnie o udany kompromis między indywidualizmem a działaniem dla wspólnego dobra.
Śledzę z dużym zainteresowaniem wydarzenia na Wyspach i zastanawiam się, jaką wagę mogę obiektywnie przypisać protestom – bo jeżeli o chęciach mowa, to chciałbym przypisać jak największą. Widząc rozwój wypadków trudno mi uwierzyć, żeby protestujący nie odnieśli sukcesu w swojej sprawie i liczę na efekt domina, który sprawiłby, że podobna technika protestu zostałaby przyjęta w innych krajach Europy. Z dziką chęcią wyszedłbym na ulicę z transparentem „Obywatel Anon w słusznej sprawie”, powodów miałbym wiele.