Sunday, September 11, 2011

Gazeta Polska - Codziennie

Niedawno spore poruszenie wywołała kampania marketingowa wyżej wymienionego tytułu. Pozytywny PR wokół debiutu GPC wytworzono spotem reklamowym, który życzliwie można nazwać kontrowersyjnym, mniej życzliwie - podpadającym pod niebezpieczne oszczerstwo. Zabawa luźnymi skojarzeniami słów "Smoleńsk", "Morderstwo", "Rząd" musiała doprowadzić do odmowy emisji przez wszystkie stacje telewizyjne, które otrzymały ofertę; odmowa emisji z kolei oznaczała naturalny wzrost zainteresowania spotem i otworzyła furtkę do kreowania retoryki "pisma walczącego z cenzurą".

Wedle decydentów pisma oczywiście nie chodzi o prowokacyjność spotu a o to, że władze kraju trzymają łapę na mediach - i publicznych, i prywatnych. Zaobserwowanie użycia takiej techniki pozwala wyłonić pierwszy filar pisma - czy też grupy docelowej - specyficzny dla części rodzimej prawicy: widzimy konsolidację czytelników (i wyborców) poprzez kreślenie wizji oblężonego bastionu, jednej z ostatnich ostoi wolności, prawości i wiary trwającej w walce z rzeczywistością kontrolowaną przez wrogie siły i układy.

Okładka numeru pierwszego
Nie załapałem się, niestety, na pierwszy numer, którego cover story przedstawiało historię o charakterze kryminalnym z Komorowskim w roli głównej. Prezydent miał wpakować do więzienia człowieka posiadającego nań 'kwity'. Drugi numer, jak się miało okazać, też nie był pozbawiony atrakcji. Z pewnym zażenowaniem skierowałem się do kiosku i poprosiłem o nowy egzemplarz GPC. Kioskarka z miejsca się ożywiła, zaproponowała mi inny tytuł "do kompletu". Bezmyślnie zamiast "Nie, dziękuję" odpowiedziałem: "Rozumiem."

Co mamy na szesnastu stronach składających się na numer drugi? Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to nie cover story, ale artykuł wyróżniony na górze strony. Tytuł brzmi "Bufetowa daje Hiszpanom, a dzieci bez basenu" i dobrze oddaje tabloidowy charakter czasopisma. Mniejsza już o treść, coś tam ze szkółką piłkarską Barcelony otwartą w Warszawie, że kosztuje to kupę pieniędzy, korzyści niewielkie a miasto wymawia się od przekazania środków na jakąś pływalnię. Chodzi o to, żeby czytając artykuł czerpać niezdrową radość z wyobrażenia, jak to prezydent M. St. Warszawy frymarczy swoim bufetowym ciałem i bufetowo oddaje się niedomytym Hiszpanom.

Efektownych tytułów na okładce z całą pewnością nie brakuje - poza Bufetową, która daje Hiszpanom czytamy jeszcze: "Niemcy Biorą Grecję", "Krach Europy, Złotówka Nad Przepaścią", "[Jarosław Kaczyński mówi, że] Brat Wiedział, Że Go Śledzili". Mamy więc paranoję postsmoleńską, paranoję antyniemiecką i paranoję ogólną. Tabloidy uwielbiają grać na strachu czytelników, apokaliptycznych wizjach; ten konkretny tabloid wyróżnia się tym, że upadek społeczeństwa, kraju i inne miłe rzeczy serwuje w sosie prawicowym.

Sprawdźmy dokładnie jak smakuje ten prawicowy sos stołowy. Pierwsza i przykra konstatacja: w piśmie nie znajdziemy nigdzie kobiecych piersi. Najbliższe piersiom są znajdujące się na stronie szóstej pisma kobiece pośladki w kabaretkach towarzyszące moralizatorskiemu artykułowi pt. "Wirus Bunga-Bunga". Znajdziemy za to kiepską poezję - strona druga cieszy nas wierszykiem Marcina Wolskiego, w którym niedoszły poeta hohożartobliwie życzy Adamkowi zwycięstwa z Kliczką; mistrzowsko walkę bokserską przenosi w świat polskiej polityki i dodaje szpilę skierowaną w wymienionego z imienia premiera RP. Na każdej stronie właściwej (tj. zawierającej treści autorskie a nie, np. program telewizyjny) znajdziemy coś, co jest albo przeciwko Platformie (konkretniej Tuskowi z gabinetem), albo chwalące PiS.

Oblężona część prawicy potrafi się także dobrze bawić, zachowując przy tym należytą klasę. Na stronie piętnastej ubawi nas kolumienka Jana Pietrzaka. Błyskotliwy satyryk zaczyna hasłem: "Dziś Tuskalia!" i oferuje siedem znakomitych dowcipów politycznych. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z nich:

- Dlaczego w Polsce codziennie nawałnice, wichury, tajfuny?
- To Donald Tusk, wzorem Chucka Norrisa, trenuje kopy z półobrotu. 

Nie ma sensu chyba dłużej się na temat GPC rozwodzić. Popełnię jeszcze jeden akapit odnośnie "twardych" treści pisma: na stronie ósmej mamy artykuł o historii Tomasza Kaczmarka - słynnego "agenta Tomka". Autor zaczyna od słów:


[...]Próbowałem policzyć artykuły o nim w "Gazecie Wyborczej" - doszedłem do 30, a jest ich znacznie więcej[...]Teksty GW mogą zresztą służyć jako szkolny przykład dziennikarskiej manipulacji. Wystarczy zauważyć, że o przestępcach, których on rozpracowywał, pisze się tam jako o "ofiarach Agenta Tomka".


Jak można było się domyślić autor - wytrawny tropiciel manipulacji w mediach - z lekkością dostępną tylko znawcom tematu pisze o Agencie Tomku wyłącznie jako o "ofierze medialnego linczu", którego to linczu przyczyn nie próbuje nawet choć przez chwilę opisać bezstronnie.

Jeżeli miałbym podsumować GPC, to sądzę, że niezależnie od preferencji politycznych człowiek rozsądny w tym piśmie zupełnie nie ma czego szukać. Jak pisałem, nie ma nawet kształtnych kobiecych piersi, które mogą ewentualnie zachęcić do kupna jakiegoś numeru "Faktu" czy "SE". Jedyny potencjalny pozytyw, jaki w tytule widzę, to że może odciąży nieco Rzepę od tych bardziej schorowanych czytelników; może nawet podkradnie "Rzepie" Ziemkiewicza. Gdyby stało się to drugie znacznie przyjemniej byłoby mi czytać "Rzepę" i kto wie, może kupiłbym w ramach podziękowania jeszcze jeden numer GPC. W końcu Ziemkiewicz wart jest 1,80 zł.

Thursday, September 8, 2011

Palikot; utrata złudzeń

Źródło: Interia.pl
2 października ub. roku Janusz Palikot zrobił swój wielki i dobrze zaplanowany coming-out. Przez kilka miesięcy ciągnęło się rozstanie z Platformą, składanie legitymacji, drobne uszczypliwości i życzliwości wymieniane z dawnymi kolegami z partii. Kongres był czymś, na co czekałem; wydaje mi się to dosyć zrozumiałe. Moja osiemnastka oznaczała wejście z butami w epokę kryzysu reprezentacji. Potwór, jakim była koalicja PiSu z Samoobroną i LPRem trzymał mnie dość mocno przy Platformie. Dalej uważam ją za jednoznacznie lepszą alternatywę, choćby dlatego, że słowo "rozliczanie" pojawia się rzadziej, a agent Tomek już nie korumpuje ludzi za publiczne pieniądze; nie zmienia to faktu, że - podobnie jak większość młodych ludzi - nie mogę nazwać kogokolwiek w sejmie reprezentantem moich interesów czy światopoglądu.

Mamy kongres. Byłem wówczas czymś zawieszonym między praktykantem a współpracownikiem w Res Publice Nowej; pomagałem przy wydawaniu książeczki Cezarego Wodzińskiego pt. "Kapłana Błaznem". Była przydroga i mało było w niej treści, ale tworzyła fajny framework dla dotychczasowej błazenady Palikota, pozwalała ujrzeć ją w innym świetle. Z racji zaangażowania w prace nad książką miałem z kilkoma innymi osobami z RPN wstęp na kongres. Od szarego tłumu odróżniały nas plakietki z napisem "MEDIA"; zawsze to miło przez chwilę poczuć się kimś ważnym.

Wymknąłem się ze stanowiska z książkami Wodzińskiego i udało mi się zobaczyć praktycznie całe show - od dramatycznego wejścia, przez Valbony Majewskiego i piętnaście punktów JP po budzącego wu-te-efy gromowładnego Kalisza.  Wystąpienie przyjąłem tak pozytywnie, że aż wpisałem się na listę chcących wstąpić do stowarzyszenia (to będzie istotne później). Mój optymizm nie opierał się, oczywiście, na merytorycznej części 15 postulatów - większość była nierealna lub służyła jako kiełbasa wyborcza. Chodziło bardziej o ideowy kierunek Palikota, to ten mnie poruszył. Poczułem wówczas, że na taki kierunek mógłbym - i rzeczywiście chciałbym, co było totalnym novum - oddać głos. Podobnie pozytywne wrażenie kongres sprawił na - też obecnym - Szymonie Ozimku, pod którego napisanym na świeżo opinion piece mógłbym się spokojnie podpisać; co najwyżej inaczej bym tylko rozłożył akcenty. Miałem, oczywiście, świadomość, że przeszłość Palikota mogła tworzyć nieco niespójny obraz z jego nowym imidżem, ale jako człowiek mający pewne pojęcie o polityce (jak i też o tym jakim człowiekiem jest Palikot) nie przywiązywałem do tego zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie nie miało dla mnie znaczenia, że Palikot mało mówił o gospodarce - o tej i tak mówi się już za dużo, a z całego tego eksperckiego ględzenia niewiele przychodzi.

Minęło kilka miesięcy i zaczęły się, niestety, pojawiać problemy. Liczyłem na to, że RPP pójdzie za ciosem, utrzyma momentum. Mowy o postulatach i kierunku ideowym było jednak coraz mniej, a coraz więcej - prymitywnego antyklerykalizmu. Kiedy Palikot na kongresie mówił o "spasionych biskupich brzuchach" setnie się ubawiłem, podobnie jak większość obecnych. Widziałem w tym fajne przełamanie pewnego semantycznego tabu, które sprawiało, że wymowna krytyka kleru była zarezerwowana praktycznie wyłącznie dla politycznego marginesu kroju Jerzego Urbana. Zacząłem się nieco niepokoić w momencie, kiedy antyklerykalne happeningi okazały się być jedynym, co o RPP jestem w stanie usłyszeć. Można zapewne skontrować moje słowa twierdzeniem, jakoby to media dokonywały cherry pickingu wybierając wyłącznie kontrowersyjne spędy pod krzyżami czy kościołami, ale antyklerykalizm zdominował też np. profil RPP na facebooku. Czytałem kolejne wpisy autorstwa i samego profilu RPP i fanów profilu: prezentowały one tak samo niezdrowy stosunek do spraw religii, wiary czy kościoła, jak stosunek szeroko rozumianej dewocji - tyle tylko, że biegun był odwrócony. Wstrzymywałem się jeszcze od emocjonalnego odejścia od RPP licząc na to, że gdy zostaną wypracowane struktury Palikot - albo ktoś, kto w RPP wyleci w górę, byle tylko nie Dominik Taras - zacznie moderować dyskusję i prowadzić ją w stronę konstruktywnej krytyki systemu, a nie zbioru epitetów rodzaju "platfus, pisior, klecha, kruczysko". Te słyszałem już wcześniej z ust ludzi, z którymi ciężko mi się uwspólnotowić. Żadna moderacja czy żadne dobre polityczne duszpasterstwo jednak się nie pojawiło.

Czemu rusza mnie taki antyklerykalizm? Bo chociaż chciałbym, żeby kościół otworzył się na krytykę jego funkcjonowania w systemie, żeby zmalała waga kwestii religijnych przy takich problemach jak np. in vitro czy aborcja, to równocześnie sprzeciwiam się zapominaniu o tym, że zarówno hierarchowie jak i nawet najbardziej zacietrzewieni dewoci są ludźmi, w dodatku bardzo licznymi. Na wzajemnym wbijaniu sobie szpil, proszę państwa, nigdzie nie zajedziemy. Wierzę, że jest możliwe pokojowe rozwiązanie, jakiś kompromis, pogodzenie zlaicyzowanej części społeczeństwa z tą mocno osadzoną w tradycji katolickiej - problemu upatruję w tym, że nikt takiego rozwiązania najwyraźniej nie szuka, prawdopodobnie wychodząc z założenia, że na konflikcie w tej materii jest więcej do ugrania.

Enigmas Ryfińskis
Coś dziwnego stało się też z niejakim Armandem Ryfińskim. Człowiek ten był - i dalej jest - dla mnie zagadką. Poza RPP praktycznie nie istnieje, nie widzę jego samodzielnej działalności w sieci. W grafikach google po wpisaniu nazwiska najpierw wyskakuje kilka zdjęć Palikota, a samego Ryfińskiego możemy zobaczyć na jakimś przypadkowym zdjęciu pod koniec pierwszej strony wyników. Strona Ryfińskiego z serwisu RPP zawiera tylko lakoniczny opis funkcji: Prezes Stowarzyszenia. Nie ma zdjęcia, nie ma dotychczasowego dorobku. Nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek, wiem tylko tyle, że wysłał do mnie - bo, jak wspominałem wcześniej, wpisałem się na kongresie na listę - całkiem sporo maili. Obdarzony pięknym imieniem człowiek nieokreślonego sukcesu uległ dramatycznej przemianie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Co przedstawię poniżej ma, oczywiście, charakter anegdotyczny i nie uważam tego za jakąkolwiek podstawę do wydawania sądów na temat osoby p. Ryfińskiego, jest jednak dość zabawne:
Kochani :) Bardzo dziękuję za dotychczasowe zaangażowanie w działania na rzecz budowyNowoczesnej Polski w tym ostatnią akcję zbierania podpisów pod wnioskiem orejestrację partii: Ruch Palikota.
Mazowsze zebrało najwięcej podpisów - jest więc powód do dumy, sporo osób dzięki tej akcji dowiedziało się, że wogóle istniejemy i mamy pomysł na zbudowanie nowoczesnej Polski.
Czapki z głów przed każdym, kto zadał sobie trud i przyniósł chośby 2 podpisy - wielkie dzięki!
To fragment maila z początku maja (przy kopiowaniu zepsułem formatowanie). Widzimy - jest przyjaźnie, w miarę poprawnie językowo  (chociaż zdarzają się drobne krzaczki), profesjonalnie w sposób nowoczesny. Maile w takim stylu mógłby wysyłać podwładnym Steve Jobs. Zobaczmy jednak maila, którego dostałem niedawno, a który trudno mi określić, czy bardziej mnie rozbawił czy zniesmaczył:
Witam, Dzisiaj o 21.15 pikieta pod TVP ul. Woronicza 17 Warszawa -przybywajcie!!! Protest w tej samej sprawie co pod tvn - miała być debata Tusk - Kaczyński, a będzie Pawlak Tusk mimo, że zgłaszał się Janusz Palikot. Dość dyskryminacji Ruchu Palikota w mediach publicznych!!! Dość ściemy i ustawek !!! Donald nie pękaj, tylko stań do debaty z Januszem Palikotem!
Pozdrawiam Armand Ryfiński
Mail z miejsca przypomniał mi małą grupkę licealnych pop-aktywistów do których należałem przez pół miesiąca. Szefem przedsięwzięcia był chłopak, który wierzył, że stworzono go do rzeczy wielkich. Miał jednak też siedemnaście lat i dlatego nie winię go dziś za to, że używał kilku wykrzykników pod rząd, komicznie napuszonego słownictwa w zestawie z kolokwializmami; nie winiłbym go też, gdyby swojsko nawoływał osoby publiczne do zaprzestania "pękania", "pierdzenia", "ściem i ustawek" czy "opierdalania freda :) ". Od osoby najwyraźniej zarządzającej kontaktem z członkami czy sympatykami stowarzyszenia oczekiwałbym, niestety, więcej - szczególnie, że styl maila niepokojąco przypomina to, co można zobaczyć na Facebookowym profilu RPP.

Czym pękanie Donalda różni się choćby od wibratorów Palikota? Wibrator był przemyślany symbolicznie, był narzędziem, które potrafiłem docenić intelektualnie. Pękanie Donalda to zagrywka pozbawiona jakiejkolwiek finezji. Wolę już słuchać Kaczyńskiego; ten gdy jest w dobrej formie potrafi zagrać naprawdę finezyjnie i wzbudzić mój niechętny podziw.

Maile to mniej znacząca sprawa - ważniejsze jest to, że sama postać Ryfińskiego jest znamienna dla jednego z głównych problemów RPP. Sam Palikot po prostu nie wystarczy na pokuszenie się o zyskanie ogólnokrajowego posłuchu. Palikot nie może być wszędzie, nie wystąpi we wszystkich debatach, nie zorganizuje kilkunastu spotkań równocześnie - a z tajemniczymi Ryfińskimi z RPP nikt nie ma ochoty się spotykać. W końcu równie dobrze mogę wejść na Chatroulette, poczekać aż trafię na Polaka około trzydziestki i umówić się na spotkanie. O Ryfińskim wiem tyle tylko więcej, że raczej nie zaproponuje mi sponsoringu; losowy człowiek z Chatroulette może spróbować.

Wiele zmieniłby transfer Kalisza czy awans innej charyzmatycznej postaci w strukturach stowarzyszenia. Takich postaci, obecnie, nie ma. Nawet PiS popularnie nazywany partią wodzowską miał (dziś już ma ich z różnych przyczyn trochę mniej) sporo charyzmatycznych polityków, którzy dopełniali wizerunek partii i udatnie ją reprezentowali. Gdyby dziś były wybory i RPP by do nich wystartowało jedynym nazwiskiem, które bym kojarzył byłby zapewne Palikot.

Problemy organizacyjne w połączeniu ze wspomnianym wcześniej antyklerykalizmem w tanim wydaniu widocznym zarówno na górze jak i na dole oraz zanikiem języka czy zachowań trafiających do wykształconego odbiorcy sprawiają , że nie czuję już, jakoby RPP mogłoby być dla mnie opcją. Pewnie, że chciałbym, żeby weszli do sejmu, ale dziś już tylko z przyczyn abstrakcyjnych, z powodu bycia miłośnikiem politycznego pluralizmu i nadziei na dodanie koloru politycznym konfliktom - te póki co są nędzną kpiną z demokracji. Niedawno mająca miejsce debata Palikota z Januszem Korwin-Mikke była bardzo przyjemnym i odświeżającym widowiskiem, ale to jednak nie wystarczy, żeby wykrzesać ze mnie zaangażowanie na poziomie osobistym.

Tak to, szanowni państwo, umierają nadzieje młodych ludzi. Miało być fajnie, nowocześnie i lewicowo; wyszło jak zawsze.

Wednesday, August 24, 2011

Wirtualny Przywódca

http://publica.pl/teksty/wirtualny-przywodca/

Wkrótce rozpiszę tu rozszerzoną wersję tekstu. Więcej uwagi poświęcę następującym zagadnieniom:

- Rola internetu w kulturze i "antymainstreamowa" część internetu
- Profil internetowego przywódcy
- Organizacja netizenów i sposoby ich zrzeszania się dla osiągnięcia konkretnego celu.

Thursday, August 11, 2011

Przegrzebki

Dodałem kilka artykułów ze starego bloga i ze strony RPN. Wydało mi się (być może za sprawą jakiej choroby), że są warte przeniesienia i zachowania. Wszystkie wstawiłem z datami publikacji, dla wygody potencjalnego czytelnika zamieszczę tu ich listę w odwróconym porządku chronologicznym, z krótkim opisem:

Słuszność i polskość - wpis będący częściowo recenzją 22/23 teki "Pressji", częściowo pociągnięciem wątku przewodniego teki we własne rejony. Same Pressje na swojej stronie zdecydowały się o notce wspomnieć, co było dla mnie bardzo miłe.

Brutalny Hołdys - opublikowany na stronie Res Publiki Nowej (link w samym poście) tekst besztający Hołdysa za popełnionego przezeń potworka pt. "Rewolucja Kulturowa". Kilka osób z RPN stawiało mi zarzuty, że tekst był zbyt płytki, z czym się zgodzę. Frajdy z jego pisania (i robienia nagłówka) miałem jednak mnóstwo. Jeszcze więcej frajdy miałem z pisania kilku pierwszych draftów, ale tych nikt nie widział i nikt by nie opublikował. Nawet ja nie opublikuję ich tutaj. Chyba, że Hołdys znowu obsmaruje kogoś gównem, wtedy może mu je po cichu prześlę pocztą; niechybnie wtedy walnie kolejny felieton i może zbyt wiele felietonów obudzi jakąś przyrodniczą prazasadę, która wywróci go do góry dnem czy na odwrót czy jakoś tak.

Każdy może mieć kabriolet - żartobliwy wpis z Mania Variosa traktujący o życiu politycznym w oczach dużej i (szczególnie) małej publicystyki.

Obywatel Anon - o UK Uncut - opublikowany na stronie RPN stosunkowo entuzjastyczny artykuł o UK Uncut i zarazem o nowej formie protestu i zrzeszania się.

Jak Wikileaks zastrzeliło poliszynela - tekst, który miał być opublikowany, ale były opóźnienia; po dwóch-trzech tygodniach od napisania okazało się, że wydarzyło się tyle (Assange zatrzymany, nowe przecieki), że stał się odgrzewanym kotletem i musiał wylądować na blogu.

Tuesday, August 9, 2011

Political Fiction

Poruszony doniesieniami o planowanym zamachu na jednego z prominentnych polityków państwa polskiego zdecydowałem się napisać thrillera politycznego pt. "72'h' - 72 godziny". Książka to literacko-dziennikarska interpretacja materiału, który otrzymałem z zaufanych źródeł i będzie dostępna już wkrótce w sprzedaży w wybranych punktach detalicznych; zatroskani o moje życie przyjaciele i bliscy współpracownicy poradzili mi, bym publikował pod pseudonimem.




Wybrane recenzje:

"Porażająca... Niesamowita."
New York Review

"Laudberg nadzwyczajnie żongluje pojęciami [...] tworzy powtarzalny schemat mordu na tle politycznym, którego poznanie każdy z nas jest sobie winien"
Slate.com

"Pisarka z Polski zrobiła to, co [Amerykanom] nie udało się od dawna - stworzyła bezkompromisowe dzieło w służbie brutalnej i kompletnie skazanej na porażkę politycznej gry [...] tutaj trup ściele się tak gęsto, jak pozwy sądowe."
Bloomberg.com

"Wytoczyłem p. Laudberg proces [...]"
Janusz Palikot

Fragment tekstu opublikowany za zgodą autorki:

Godz. 4
Polana w okolicach Sękocina. Nadjeżdża czarna limuzyna, za nią samochód dostawczy. Otwierają się okna samochodu dostawczego, roznosi się głośna, agresywna muzyka. Słychać krzyki. W limuzynie Janusz Palikot patrzy na Dominika Tarasa, wzdycha. Sięga po telefon komórkowy. Po chwili zastanowienia oddaje go szoferowi. Obaj wychodzą.

Godz. 5
W samochodzie dostawczym wrzawa. Palikot podaje niewidocznym osobom walizkę z nieznaną zawartością przez szybę. Ponownie słychać ze środka krzyki.  Polityk odchodzi od vana, po chwili jednak decyduje się wrócić, siada na pobliskim pieńku i wyciąga telefon. Robi interesy. 

Godz. 7
Drzwi samochodu dostawczego otwierają się z wielkim hukiem. Palikot jest do tego przyzwyczajony. Kończy rozmowę biznesową, wstaje i pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku wozów. Z vana wysiada duża grupa młodych mężczyzn. Krzyczą, przepychają się, są niespokojni. Jeden z nich przy wysiadaniu upada na ziemię, nie chce wstać, gryzie kolegów po łydkach. Palikot kopie go w brzuch, młody człowiek wstaje. Na jego białym podkoszulku widać ślady zaschniętych wymiocin, na szyi ma wytatuowane dwie błyskawice - symbol "SS". Polityk odchodzi z Tarasem na bok, rozmawiają. Młodzi są niespokojni, zaczynają się znowu przepychać, któryś wyciąga nóż; na szczęście już zaraz ma się rozpocząć Sesja.

Godz. 8
Palikot zdejmuje marynarkę.

Godz. 9
Młodzi stoją w szeregu. Co i raz któryś z nich wyciąga z kieszeni torebkę z białym proszkiem, zaciąga się. Wszyscy mają przekrwione oczy i ledwo stoją na nogach. Kilku z nich ma problem - w kącikach ust zaczyna im się pojawiać biała piana. Koledzy pomagają: wycierają pianę, potem dłonie wycierają w spodnie. Czekają, co powie im Janusz. Ten milczy; polityk założył ręce na piersi i czeka, Dominik Taras stoi obok niego. Również milczy. Chłopcy wiedzą, że ich trening dopiero się zaczął.

Godz. 10
U młodych z wielką siłą pojawiają się skutki zażytych substancji. Są agresywni, nie mogą ustać, krzyczą. Jeden tarza się na ziemi, inni zaczynają biegać w miejscu. Palikot uśmiecha się i daje ruch ręką. To jest to, na co młodzież czekała: wszyscy stają w idealnym szyku, w wielkiej koncentracji. Zapada głucha cisza.

- Co jest waszym celem? - pyta biznesmen z Lublina.
- Ujebać Kaczora - odpowiada chóralnie młodzież.
- Po co to chcecie zrobić? - dopytuje się nieustępliwie.
- Ot tak, dla hecy
- Czego?
- Hecy, hucpy!
- Nie słyszę!
- Dla szpasu! - wrzeszczą młodzi ile sił w płucach.

Palikot jest zadowolony. Daje znak Tarasowi, ten otwiera bagażnik limuzyny. Można zaczynać.

Godz. 12
Młodzi stoją w szyku z karabinami maszynowymi. Są jeszcze bardziej niespokojni i wściekli, ale wiedzą, że już wkrótce ich gniew znajdzie ujście. Jeden z nich nerwowo zabezpiecza i odbezpiecza broń, rytmicznie. Jego sąsiad z szyku daje mu potężny cios pięścią w twarz, by się uspokoił.

Dominik Taras z bagażnika limuzyny wyciąga jeszcze dwie rozkładane makiety. Jedna z nich ma na sobie podobiznę Jarosława Kaczyńskiego, druga: Stanisława Dziwisza.

- Przyniosłem dla was mały prezent - mówi polityk z uśmiechem. - wiecie, co się stanie, jeżeli pocisk kalibru 7.62 mm wejdzie w spasiony, biskupi brzuch?
- Nie, panie przewodniczący!
- Brzucho pęknie!

Śmiech. Młodzież wyciąga broń i zaczyna strzelać pełnymi seriami. Jeden krzyczy "Full Auto, skurwysynu, Full Metal Jacket!". Po chwili wymiotuje. Koledzy patrzą na niego z niepokojem. "Znowu przedawkowałeś narkotyki, Student, znowu za dużo dragów" - stwierdza krytycznie jego sąsiad i pluje mu na plecy. Potem ku uciesze kolegów imituje ruchami dokonanie lufą karabinu gwałtu analnego na wymiotującym.

Godz. 13
Strzelanina trwa w najlepsze. Z makiet niewiele już zostało. Dominik Taras robi "rundki" między nielegalną strzelnicą a limuzyną - to nowe dostawy amunicji. Jeden ze strzelających, zamroczony, nie trafia; Palikot gasi mu na szyi papierosa z upomnieniem, by ten bardziej uważał.

Jeden ze strzelających - "Pecet" - nie wytrzymuje i w narkotycznej furii biegnie do makiety z podobizną Jarosława Kaczyńskiego, przepełniony nienawiścią zaczyna ją opluwać i okładać pięściami. Trafia na celowniki kolegów, ci nie przestają strzelać. Palikot krzyczy do nich, jego głos przebija się przez rumory młodzieżowych bacchanaliów: "No to teraz mamy 1:0 dla Kaczora!". Młodzież świetnie się bawi, lubią polityka. Nikt już o "Pececie" nie pamięta.

Godz. 22
Limuzyna. Palikot trzyma drżącą dłoń na swoim telefonie komórkowym. Za chwilę ma odebrać ważny telefon. Wzdycha, z kieszeni marynarki wyciąga piersiówkę, bierze solidnego łyka. Rozlega się dzwonek telefonu. Odbiera.

Я хотел бы купить собаку, Леонбергер лучших ...
- Da. - odpowiada polityk i naciska "czerwoną słuchawkę". Bierze jeszcze jednego łyka z piersiówki i dodaje do siebie:
- Wszystko, Władziu, załatwione.


SZCZEGÓŁY SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE.

Polityka migracyjna

Źródło: abc.net.au
Przyjaźń z drugim człowiekiem przed pełnym rozkwitem musi przejść przez wiele etapów, często bardzo mocno rozłożonych w czasie. Najpierw jest pierwsze poznanie, kilka kontrolowanych rozmów na neutralne tematy połączonych z konstatacją, że rozmowa na neutralne tematy z tym człowiekiem przynosi lepsze rezultaty niż zwykle, że ogólnie jest bardzo przyjemnie. Potem kształtuje się większa nić porozumienia; tematy neutralne zaczynają ustępować osobistym lub abstrakcyjnym. Zmienia się też język, kształtuje się pewna wspólna forma, konwencja: pojawiają się wspólne skróty myślowe, wspólne anegdoty, do których przywołania wystarcza kilka słów. Padają słowa, które skierowane do innych ludzi mogłyby być towarzyskim samospaleniem, a między wierszami pojawia się wzajemna troska, więź emocjonalna. Tak to się rozwija - czasami kilka miesięcy, czasami kilka lat - aż w końcu znajomość osiąga wreszcie pułap przyjaźni.

Przeważnie jednak - i całe szczęście, bo mieć zbyt wielu przyjaciół mogłoby się okazać destruktywne - znajomości zatrzymują się na którymś etapie wcześniej.  Często mylnie nazywamy przyjaciółmi ludzi, którzy są naszymi friendsami, czy też (jeżeli odrzucić barbaryzację języka) kolegami. To ludzie, z którymi dobrze nam się spędza czas i z którymi nieźle się porozumiewamy, ale to nie są ludzie, którym - że posłużę się pewnym antycznym przypadkiem - nie zapiszemy w testamencie nic a których jeszcze obarczymy obowiązkiem zrobienia nam godnego pochówku i opieki nad osieroconą rodziną wiedząc, że nie będzie to niczym dziwnym i że druga strona zrobiłaby bez wahania to samo, że to największy akt zaufania.

Widzę w polityce migracyjnej opartej na multikulturalizmie potężny szkopuł, mianowicie ignoruje te dość proste i banalne mądrości, które wysmarowałem powyżej a które łatwo da się przełożyć na grunt narodowy. Bo czy tego chcemy czy nie, czy fenomen narodu jawi się nam jako wartość dodatnia czy nie - musimy zaakceptować (a przynajmniej przyjąć do wiadomości), że jak Europa długa i szeroka jesteśmy wytworem systemów edukacji, które zaszczepiają nam silną tożsamość narodową. Nawet jeżeli część tej tożsamości wypieramy, to przeważnie pozostaje nietkniętym przywiązanie do miejsca, do naszego swojskiego "tutaj". Skonstruowane w innych czasach, mające na celu dać nam motywację do obrony terytorium gdyby pojawił się nawet najlepszy i zmieniający wszystko na korzyść najeźdźca.

Wystawmy sobie teraz, że mamy sobie swoje mieszkanie i nagle pojawia się w nim kilkoro totalnie obcych ludzi. Nawet jeżeli część z nich byłaby bardzo sympatyczna, nawet jeżeli w innych okolicznościach moglibyśmy się z nimi zaprzyjaźnić i powierzać im swój pochówek - w tej sytuacji zaczynamy mimo woli widzieć ich jak intruzów, którzy wdarli się do naszej twierdzy i zagarniają nasze dobra. Zaprzyjaźnienie się z intruzem i wrogiem, z kolei, to bardziej syndrom sztokholmski niż otwartość czy cokolwiek chwalebnego.

Z migrantami, jak sądzę, nie chodzi o to skąd przychodzą o ile nie ma jakichś silnych komplikacji historycznych. Chodzi o to, że przyszło ich za dużo i zbyt szybko. Polak, oczywiście, ma w Anglii pewną przewagę, bo też i Polska nie jest tak odległa i tak obca jak inne rejony - ale nie jest to przewaga wystarczająca, by zupełnie nie budził frustracji. Co najwyżej łatwiej jest go strawić i z racji wspólnych elementów kultury łatwiej mu się dostosować i dostosowywać do siebie innych.

Gdyby w tym, co rozumiemy jako nasz 'dom' pojawił się jeden obcy łatwiej byłoby pokonać stres i zacząć się dogadywać - albo ktoś z naszej "rodziny" by to zrobił i przekonał nas, że warto spróbować. Zarazem łatwiej byłoby zaakceptować kolejnego przybysza. Jeżeli jednak obudzimy się w towarzystwie sześciu zupełnie obcych osób to tuszę, że nawet najbardziej tolerancyjna i otwarta osoba prędzej czy później zaczęłaby kombinować jak można byłoby się ich pozbyć - może nawet z czasem zaczęłaby się w tym kontekście upodabniać do tamtej nieszczęsnej postaci z portfolio Jacka Fedorowicza. To jest całe moje zdanie - że polityka migracyjna była częściowo efektem dziwnej zbiorowej halucynacji ideologicznej a częściowo oparta o dziwne ekonomiczne statystyki lub miraż 'taniej siły roboczej, która zrobi swoje i odejdzie' jak to było z Turkami w Niemczech.  Zbyt mało uwagi, natomiast, poświęcono pewnym prostym mechanizmom, które łatwo mogą sprawić, że ukochane zielone PKB stanie się czerwonym PKB, a na rysunku symboliczny czarny chłopczyk z białym chłopczykiem zamiast trzymać się za rączki palą papierosy i okładają się po mordach przy akompaniamencie stukotu policyjnych pał o policyjne tarcze.

Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie kolej na Polskę, to granice będą otwierane powoli i z rozmysłem, tak, żeby kolejni migranci przychodzili już na wyklepany przez obie strony grunt i żeby spięć było możliwie najmniej. A co mają zrobić te kraje, dla których już jest na to za późno i które muszą sobie poradzić z tym, że konflikt wewnątrz społeczeństwa coraz bardziej wymyka się im spod kontroli? Odpowiem uczciwie: nie mam zielonego pojęcia. Co wiem, to że politycy bezpośrednio zainteresowani też nie mają.

Saturday, August 6, 2011

Andrzej Lepper nie żyje


Start bloga zbiegł mi się przykro ze śmiercią Andrzeja Leppera. Był to zdecydowanie jeden z najbarwniejszych polskich polityków i zasługuje na pewne podsumowanie.

Nie ma chyba sensu wchodzenie w poszczególne wątki z jego kariery czy kreślenie jakiejś linii życia jego partii. Seksafery, procesy, rezerwy NBP czy szczegóły zgubnego mariażu politycznego z PiS są dobrze znane - być może na tyle dobrze właśnie, zbyt dobrze, że człowiek ten zdecydował się na samobójstwo. Tak przynajmniej sugerują niektórzy jego bliscy i współpracownicy. Mnie samego wiadomość o samobójstwie zszokowała nieco, bo też i w życiu nie przypuszczałem, że Lepper jest człowiekiem o fakturze umysłu dopuszczającej taki czyn. Rzecz jasna, wszelkie możliwości mordu na tle politycznym z zasady wykluczam - Polska to nie, na Boga, Bizancjum i nie USA, a Lepper się dodatkowo od kilku lat już nie liczył. Jedyny foul play jaki wchodzi w grę to ewentualne porachunki mafijne, a to też przecież nędznie uargumentowana i mało chlubna spekulacja.

Spróbuję pokrótce ująć trzy różne strony tego polityka. To coś w rodzaju wstępu do metalepperyki; mam wrażenie, że przedrostek "meta" z Lepperem wiązał się tylko jakoś w kontekście populizmu, a to kontekst nudny, jałowy i wybrakowany w zakresie definicji pojęć podstawowych.

*Lepper Niebezpieczny
Samego nieboszczyka zawsze umiejscawiałem na jednej politycznej półce z Januszem Korwin-Mikke. Obaj, póki zmarginalizowani, jawili mi się jako wartość dodatnia, ale obaj w przypadku wzrostu sympatii wyborców mogliby się okazać niebezpieczni. Dopóki pewne działania na scenie politycznej trzymają się poziomu gry i manipulacji a radykalne lub nazbyt cukierkowe wizje są roztaczane przed publiką z makiawelicznym uśmiechem - dopóty, chociaż kontrowersyjnie to brzmi, wszystko jest w porządku. Problem w tym, że JKM rzeczywiście usiłowałby wcielać swój społeczny darwinizm w życie, a obstrukcje i destrukcje Leppera nie skończyłyby się wraz z osiągnięciem celu a najprawdopodobniej przekształciłyby się w nowotwór uniemożliwiający prowadzenie jakiejkolwiek realnej polityki a który mógłby zostać wycięty dopiero przy okazji jakiegoś parszywego kryzysu. Działania podjęte przy pomocy rozsypywania zboża niewiele się różnią od działań podpartych państwowym rozdawnictwem zboża; deformacja postępuje póki nie okazuje się, że zboża już nie ma, a na ulicy jest wściekły tłum, tym wścieklejszy, że przy okazji braku zboża wyszedł na jaw brak działań. Warto się nad tym zastanowić i warto pamiętać przy okazji zastanowienia parlamentarne 10% uzyskane przez Samoobronę w 2001 roku i prezydenckie 15% Leppera cztery lata później.

Niebezpieczeństwo było też ściśle związane z dyzmiką Leppera:


*Lepper Dyzmiczny
Lepper zawsze wydawał mi się człowiekiem, który zbyt szybko chciał zabrnąć za wysoko, być może z tytułu hybris, być może po prostu z tytułu niekompetencji. Samoobrona nie zdołała się przecież dobrze zorganizować nawet na szczeblu samorządowym, co powinno być domeną partii "chłopskiej" - wystarczy porównać sytuację z PSLem, który utrzymując na arenie krajowej low profile gościnnych ust realizuje się poprzez dobrze zorganizowane struktury lokalne. 16% poparcia Samoobrony w 2002 skurczyło się do 5% cztery lata później, by w wyborach w 2010 ponieść sromotną klęskę. Wynik ten jest dość znamienny, bo w kwestii wyborów samorządowych mniejsze znaczenie teoretycznie powinny mieć wszystkie afery i negatywny PR w  mediach. Po świetnym wyniku z 2002 nie udało się partii zbudować solidnego zaplecza; częściowo odpowiedzialność za to na pewno ponosi kierownictwo, które po osiągnięciu zadziwiająco dobrego wyniku powinno było się nieco przygarbić i po cichu budować twardy elektorat tam, gdzie kamery nie zaglądają.

Dyzmika dynamiki Leppera kończy się tam, gdzie Dyzma zrobił krok do tyłu; Krzepicki nie wystarczy premierowi, a Tymochowicz nie wystarczy człowiekowi znikąd, który na ledwo co zbitej paroma gwoździkami tratwie próbuje wypłynąć na szerokie wody polityki. Utonął sam i utonęła jego partia, a niebezpieczeństwo polegało na tym, że potopić się mogło znacznie więcej.


*Lepper Demokratyczny
Wspomniałem na początku, że upatrywałem w Lepperze wartości dodatniej dopóki ten trzymał się politycznego marginesu. Ktoś kiedyś nazwał go w prasie "Herosem PGRów"; chociaż intencje za ukuciem tej nazwy były brzydkie a autor się w artykule wyzłośliwiał ile wlezie, to ciężko nie zauważyć, że przez jakiś czas pełnił w powszechnym zrozumieniu rolę przedstawiciela różnych sfrustrowanych ludzi z ciężko dotkniętej prowincji, o których poza kręgami kawiarnianej lewicy i poza łamami niektórych bardziej lewoskrętnych czasopism wspomina się rzadko. Ciężko dziś o polityka, który tak bardzo byłby utożsamiany z grupą, którą reprezentuje, nawet jeżeli ta reprezentacja jest z grubsza fikcyjna - sam chciałbym mieć takiego Leppera, tyle, że w wersji dla młodych z wielkich miast. Chciałbym, nawet jeżeli bym na niego w życiu nie zagłosował.

Inną rzeczą jest koloryt, osobowość i zwiększenie pluralizmu. Wartością dziwów politycznych jest to, że często gdy nikt z mainstreamu nie waży się pewnych rzeczy powiedzieć głos ku powszechnemu zadowoleniu lub powszechnej irytacji zabiera polityczny dziw. Gdyby nie Korwin-Mikke pewne drapieżnie liberalne koncepcje w ogóle nie byłyby omawiane poza akademią, gdyby nie Palikot nie byłoby polityka, który pokazałby opinii publicznej wibrator czy otwarty atak na kler, gdyby nie nieboszczyk wieś jeszcze bardziej zepchnięta byłaby pod dywan, niż jest obecnie.

Przychodzi mi do głowy jeszcze jedno - nie było, nie ma i możliwe, że nie będzie już w młodej polskiej demokracji drugiego tak wyrazistego przykładu politycznego self-made mana jak Andrzej Lepper. To już siłą rzeczy zmusza mnie do wspominania go z pewnym szacunkiem.





**************************************





PS Przy okazji polecam link z KP:
http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/GdulaSamotnasmiercLeppera/menuid-1.html

Nie tyle sam - rzeczywiście salonowo mętny z charakteru - tekst Gduli, co momentami prześmieszne komentarze, szczególnie monikera "a.a/b.b", który poetycko (i do tej pory nie wiem, czy żartobliwie) wychwala krwistego Leppera rzucającego się na dziesięciu policjantów, co chwila przy tym znieważając estetycznie jasną i inteligencką cerę wydelikaconego autora-chłopomana.

anemika, suchoty i grzecznosc z nowego zaświatu to nie estetyka. estetyka to to
lepper rzucajacy sie na 10 policjantow. zmyslowoscia porazal zatechle
miesczanstwo. czerona krwista twarz prawdziwego czlowieka, a nie blade oblicze inteligenta.
      


anemika suchoty:
  grzeczność; on
zmysłowością 
porażał 
zatęchłe  
mieszczaństwo. 







Nie zdziwiłoby mnie, gdyby KP podstawiało Jasia Kapelę do pisania takich komentarzy celem ożywienia. Jeśli trafiłem: jogi babu, brawo Jaś!